Wywiad z Isorimem, czyli krótkie rozmówki z Hobbitem

2020-08-06 00:04:16

Dzień dobry! Miło mi pana poznać. Staje się o panu coraz bardziej głośno. Zapewne hobbicka społeczność musi być z pana dumna. Byłbym wdzięczny jakby przybliżył pan swoją sylwetkę naszym Czytelnikom. Z pewnością chcą się jak najwięcej dowiedzieć o Hobbicie Isorimie.

Isorim: Witam! Witam! Głośniej, to za dużo powiedziane. Po prostu sam robię mnóstwo hałasu, jak próbuję sprzedać odrzepione ziemniaczki. Czy to na ulicy, czy pod dachem karczmy. Byłbym bardzo wdzięczny, gdyby ktoś je w końcu kupił! A społeczność hobbitów? Z pewnością byłaby dumna, gdyby wychyliła swoje noski z podziemnych domków i nieco wmieszała się w społeczność. Ze świecą szukać innych hobbitów. Prowincjonalne podejście do życia przeważa szalę.

A prawdę rzeczesz panie kochany, prawdę. Mało jest Hobbitów, na palcach jednej ręki się policzy i uświadczy na mieście czy wioskach. No ale miał coś pan o sobie opowiedzieć. Ile wiosen już stuknęło? Ile wzrostu, waga? Ulubiony kolor. Niewiasty uwielbiają wiedzieć takie rzeczy, więc czy zdradzi pan nam parę sekretów?

Isorim: Właśnie. Hobbicka aktywność rozweselająca jest zbyt mała. Przecież jesteśmy takimi pociesznymi stworzeniami, które zawsze w uśmiechem na twarzy chętnie zagadają. Pora wygonić te smutne minki. Przecież my wcale nie zagadujemy ludzi na śmierć.

Ile wiosen? Będzie ze trzydzieści. A wzrostu? Prawie cztery stopy! A waga? To jak kobietę o wiek pytać. Barwa ziemniaczanej skórki, przyprószonej ziemią po świeżych wykopkach, to balsam dla moich oczu. Oczywiście jak pyrkę się wyczyści i wypoleruję, to też jest na co popatrzeć. Sekretów mam tak dużo, jak kieszeni w swoim kubraczku. To będą w sumie dwie tajemnice, chyba że doliczyć wszystkie te kieszonki, które są po drugiej stronie kubraczka. Jedna z nich skrywa tajemnice moich narodzin. Cóż to była za historia, jak matka mnie znalazła na ziemniaczanym polu i do domu przyniosła, będąc wyraźniej chudszą, niż wtedy, kiedy poszła pyrki kopać. Tatulek był rozanielony i nie zauważył, że ma szczuplejszą żonkę w zakrwawionym ubraniu. Ale któż by się tam przejmował takimi szczegółami, gdy znajduje się bobasa na polu. I to jeszcze pierwszorzędnych ziemniaczków! Jak dorastałem, to dziwiłem się, że tak często przychodzi do nas taki wąsaty jegomość. Mamusia kazała mi go nazywać Dobrym Wujaszkiem albo Wujciem, choć mój ojciec nigdy nie mówił, jakoby miał brata. Nie zadawałem więcej pytań, chciałem oszczędzić staruszkowi kłopotów z sercem.

A inne tajemnice? Chciałby Pan kupić pierwszorzędne pyrki, czy te, których smak jest zepsuty przez inne warzywa? Teraz się nie trzeba kłopotać! Ziemniaki Isorima posiadają atest jednoosobowej Hobbickiej Kompanii Odrzepiania. Już nigdy nie będziecie się musieli martwić tym, że wasze barabole smakują rzepą! Tylko o monetę więcej za kilogram! Tylko proszę się odwrócić na czas atestowania. Muszę jakoś przybić tę pieczątkę. Może jest pan chętny na jeden worek?

Interesuje mnie tylko najlepszy towar. Pierwszorzędne pyrki brzmią kusząco. I wezmę jeden worek, coby spróbować i by rozsławić smak oraz łatwość przyrządzania. Pewnie istnieje ze sto potraw, które można z nich przyrządzić. Jak już jesteśmy przy tematach kulinarnych to oprócz pyr, co Isorim lubi jeść? Jakie dania poleca? Która karczma w pańskiej opinii jest najlepsza?

Isorim: Najlepszy towar to u mojego znajomego kobolda Ethava można dostać. Niestety poszedł odbijać trolle z elfiej niewoli. Ponoć te drugie stały się ostatnio nader aktywne i zgryźliwe. Nie wiem ile w tym prawdy, bo mój przyjaciel zdawał się być... dość nieobecny, jeżeli wiesz, co mam na myśli.

Cholipka! Przecież o pyrki chodziło! Wycofuję! Wcale nie mam zapasu, który mi on zostawił. Przecież nic takiego nie mówiłem, prawda? Tak? To dobrze. Bo już się bałem, że coś za dużo powiedziałem. A co do dań? Jestem smakoszem. Osobiście uwielbiam wszystko, nad czym szczęka się chwile może pomęczyć, a co od razu do żołądka nie spływa, bo inaczej smaku dobrze się wyczuć nie da. Przepyszny jest kurczaczek w ziołach - w szafranie, kolendrze, cząbrze, tymianku - naprawdę multum jest sposobów na jego przyrządzenie. Osobiście wymyśliłem ziemniaczany dodatek do tak zacnej potrawy. Są to Ziemniaczane Pałąki. Rozumie pan? Ziemniak pokrojony w takie długie, chude prostopadłościany. Tak czy owak, trzeba będzie im wymyślić inną nazwę, bo jakoś nie wyobrażam sobie rosłego mężczyzny, który w karczmie zamawia Ziemniaczanego Pałąka w sosiku. To by z pewnością uraziło jego męską dumę, a kobietom dało do namysłu, czy na pewno wszystko z nim w porządku. Jeżeli ktoś coś wymyśli, to niech mi to powie. A karczmy? Oczywiście najlepszą karczmą jest Moja Kuchnia! Tam przygotowują najlepsze potrawy w zacnym jednoosobowym gronie kucharzy, który teraz z panem rozmawia. Niestety, mało tam gości przychodzi, więc sam zapuszczam się w rejony karczmy Euzebiusza. Nieraz napotkałem tam klientów, a przecież w końcu sprzedaję ziemniaki. Za coś żyć trzeba. Pieniądze na drzewach nie rosną, choć odnoszę wrażenie, że niektórzy tak uważają.

Aż narobił mi pan apetytu. Wspaniale to brzmi! Aż się chce tego spróbować. A nie myślał pan o własnej gospodzie, gdzie podawano by najwyborniejsze potrawy? Wielu kucharzy by u pana praktykowało. A może pójdzie pan w stronę kuchennych rewolucji i wprowadzi nowe menu w słynnej karczmie Euzebiusza?

Isorim: Własna gospoda? A gdzieżby! Nie mam dwóch orków, smoka, grubej żonci, Florka, Kasieńki. Potrzeba mnóstwo ludzi, by sprawnie karczmą zarządzać i być jednocześnie królem kuchni. Wujcio kiedyś próbował sam knajpę prowadzić, bo kucharzem był świetnym, ale żadna kobitka mu nie stała nad głową, to moczył co chwila mordę w beczce piwa, a potem pochowaliśmy go w jednej z nich. Kochał ten trunek bardzo, a przynajmniej tak sądzimy, bo znaleźliśmy go martwego, trzymającego kufel na wysokości serca, a nogami do góry wystawał z beczki. Moja mateczka strasznie rzewnie płakała, a ojciec jakoś tak nie bardzo. Pewnie domyślił się, że wcale nie znaleziono mnie na polu ziemniaków.

Jakby ktoś się ode mnie miał uczyć kuchennego fachu, to by pół miasta wytruł. Niestety, ale hobbity mają w sobie coś takiego, co czyni ich dania wyjątkowymi i niepowtarzalnymi, a wszelki próby odtworzenia ich przepisów kończą się tragedią. Musiałbym uczyć samych hobbitów! Ale jak już wspominałem. W tych rejonach ze świecą ich szukać.

Myślę, że gdyby Euzebiusz najął mnie na swojego kucharza, to mógłbym nieco odpicować jego knajpę, obecnie jednak jestem kuchennym wolnym strzelcem, kuchcikiem do wynajęcia. To robię oprócz handlowania pyrkami.

 

 

Słyszałem panocku, że macie wyjątkowy dar do poezji. Bardowie mogliby także nauki u pana pobierać nie tylko przyszli hobbicy kucharze. Skąd ta smykałka do wierszy?

Isorim: A bo widzisz, Pan. Zanim mój Wujcio ostatnim tchnieniem zaciągnął do płuc złocistego trunku, podróżował on po świecie. Był wielkim obieżyświatem, choć nie do końca w tych słów znaczeniu. Był mały, jak każdy hobbit i dużo gadał, ale duchem był prawdziwym gigantem. Prawił kiedyś, jak jeszcze byłem mały, że jak spotkał gigantów, co to kolana mieli w chmurach, bo tak wielcy byli, to zaczął się wspinać po ich owłosionych nogach. Jak już doszedł do ula, znaczy się do ucha i zakrzyknął, to dopiero się zorientowali, że nie jest natrętną muchą, która wcale nie chce się bzykać, znaczy, nie chce im do uszu bzykać! Ucięli sobie przyjemną pogawędkę i uznali go za wielkiego duchem odkrywcę. Ja tam co prawda w olbrzymy nie wierzę, bo sam żadnego nie widziałem, ale to mniej więcej jest powód, dla którego umiem rymować. Nie dokładnie przez to, bo to by było nadużycie. Po prostu Wujcio jakoś sam z siebie potrafił klecić wierszowane opowiastki, więc chyba przeszło to na mnie we krwi. Zaraz! Teraz mnie olśniło! Toć to mój tatko był! Pewnie stąd ten seksapil i ta smykałka, o której waść wspominasz. Talent jest talentem, ale czasem lepiej dopisać do jego genezy jakąś lepszą historię, niż urodzenie. To takie trywialne, że aż się wierzyć nie chce! Jak już mówiłem, olbrzymy mnie tego nauczyły. Pośrednio. Sam pan rozumie.

Ma pan zawsze w zanadrzu fascynujące opowieści. Jest pan ucieleśnieniem prawdziwych talentów. Handlarz, Smakosz, Artysta Potraw, Mistrz Kuchni, Hobbici Bard. Można wyliczać bez końca te przymioty, ale musi przecież mieć pan jakieś wady, słabości. Zdradzi pan nam choć część z nich?

Isorim: Ależ tak! Życie doprawdy potrafi być fascynujące! A czy hobbity mają jakieś wady? Tak! Już wiem. Wiesz, Panie, ile czasu trzeba czesać rano włosy na stopach, żeby wyglądały przyzwoicie?! Toć to prawdziwa katorga. A jak dostaną wilgoci, to niekiedy zaczynają się kręcić! Niektórzy z moich pobratymców gadają, że dobrze mieć loczki na stopach, to łatwiej się skradać, bo lepiej wytłumiają dźwięk. Ja osobiście nikogo biorę, znaczy się, nikogo nie zachodzę od tyłu, bo to nie w porządku. Kawa na ławę i gramy w otwarte karty. W sumie, to mam jeszcze parę wad. Do niedawna nie umiałem czytać, pisać i liczyć, ale pomogła mi w tym szanowna Skadii. Nauczyła mnie na tyle, na ile potrafiła. Ale muszę przyznać, że moją największą słabością jest pewien upiór. Prześladuje mnie od dzieciństwa. To prawdziwe monstrum, które szwenda się po hobbickich wioskach nocami. Nazywa się... Rzeposiew Ziemniakożuj. Mój świętej pamięci Wujcio, znaczy się Tatuś, twierdził, że zwariowałem, albo dziadeczek mnie straszył, jak byłem niegrzeczny, ale jak wszystkie pola ziemniaczków kocham, widziałem go! Widziałem go na własne oczy! Wykopywał pyrki, przeżuwał, wypluwał na wpółstrawione i w to miejsce sadził rzepę! Okrutnik jeden. Nie miał litości dla naszych grządek. Ach, bym zapomniał. Jak się najem za dużo, to zdarza mi się głośno gazy puszczać. Nie rozumiem tylko, czemu wszyscy się tak nagle odsuwają. U nas hobbitów to naturalne.

Słyszałem wieści, że ledwo uszedł pan z życiem, gdy miasto portowe Marlua dotknięte zostało tragiczną w skutkach powodzią. Dzięki czemu lub komu ocalił pan życie? I czy mógłby pan opowiedzieć czego tam był świadkiem?

Isorim: A to dopiero historia! Właściwie, to nie wiem, jak znalazłem się w tym mieście. Poprzedniego dnia, chyba poprzedniego, spotkałem Ethava, jak zbierał inne koboldy do walki z elfami. Usiedliśmy, pogadaliśmy, napiliśmy się, zapaliliśmy, a potem znalazłem się w jakimś mieście. Żeby było zabawniej, obudziłem się na dachu budynku, więc impreza musiała być naprawdę ostra. Ktoś wrzasnął, że zalewa miasto i faktycznie tak się stało. Wszędzie była woda, chałupa, na której się ocknąłem, chyliła się ku upadkowi, więc wskoczyłem na tratwę i popłynąłem z prądem ku bramom, które jakiś pajac trzymał zamknięte. Nie chciałem się mieszać w jakieś porachunki gangów z morskimi bestiami, ale kiedy ujrzałem to wszystko na własne oczy, ciarki przeszły mnie po plecach. Z przerażenia aż reklamowałem ziemniaki, a przez myśl przeszedł mi pomysł, aby dostarczać warzywa do domostw drogą wodną. Byłoby to chyba dość nieadekwatne jednak do panującej tam sytuacji, więc skupiłem się na ratowaniu życia od formitów. Hobbit jak chce, to potrafi głośno krzyczeć. W końcu mnie uratowano, choć byłem w takim szoku, że aż zaofiarowałem dozgonną dostawę ziemniaków, tyle że nie pamiętam komu...

Miasto zostało spustoszone, potwór sobie zrobił samowolkę i hasał, a ja nic więcej poza tym nie widziałem. Żadnych ludzi, żadnych ocalałych, żadnych wojsk. Tkwiłem na tratwie wciśniętej między dwa słupy, aż mnie w końcu uratowano. To były naprawdę silne emocje i niezapomniane wrażenia, aczkolwiek wolałbym tego nie powtarzać, bo tak bardzo szczęście może już nie dopisać.

Mrożąca krew w żyłach to jest historia, trzeba przyznać. Widać bogowie przychylni są Isorimowi. A jakie plany na przyszłość? Co teraz robić zamierza? Czy te wydarzenia jakoś wpłynęły na pana? Czy mimo tych traumatycznych przeżyć nadal jest pan optymistą, czy czuje w kościach, że coś się jeszcze wydarzy?

Isorim: Prawda to, prawda. Bogowie się do mnie uśmiechnęli i nie odesłali na Pola Wiecznego, Ziemniaczanego Szczęścia. Widać, mam jeszcze coś do zrobienia na tym świecie. Planów specjalnych nie mam. Nie jestem nikim wielkim, nikim ważnym. Dalej będę ciągnął swój biznes, by powiązać koniec z końcem. Ale może wybiorę się w daleką podróż, jak mój świętej pamięci Tatko. Na pewno będę teraz ostrożniej dobierał towarzystwo i używki, bo zaiste, nie chciałbym się obudzić w pysku jakiegoś smoka, bo ubzdurałem sobie, że tam cieplutko i mięciutko, choć znając moją rodzinę, to wszystko jest możliwe. Chciałbym dawać ludziom radość, zarażać ich poczuciem dobrego humoru. Słać im uśmiechy i szczęście, a także nieco zmusić do większej gadatliwości. Czasem w karczmie czuję się, jak na cmentarzu, a to raczej niezbyt dobrze świadczy o przybytku, jak i gościach. Tatko mi opowiadał, że spotkał kiedyś takiego jednego, szalonego elfa, co miał miast palców pazury, dwa przerośnięte kły i dwukolorowe włosy. Nie był to wampir, a jakiś opętany wariat, ale umiał grać na lutni i rymować. Zabawiał gawiedź w karczemnych progach śpiewem i poezją, a także miłą uchu melodią. Mówił on, mojemu Tatkowi, że kiedyś to miejsce było zupełnie inne. Tętniło życiem, ludzie wylatywali oknami, kominami, ale i tak zawsze tam wracali, aż do pamiętnej nocy, kiedy to on i jeden pół ork Drax, spalili karczmę razem z Suli w środku. Prawdą było, że nawaleni byli, jak kłody, ale to co ujrzeli, przekroczyło ich najśmielsze oczekiwania. Kobietom o żółtych oczach nic się nie stało, pewnie przez to, że wcześniej piły Usce. A co śmieszniejsze, następnego dnia karczma stała, tam gdzie stała. Może więc spróbuję odnaleźć ten legendarny trunek, który zapewnia nieśmiertelność? A w kościach zawsze mi łupało. Byle, śnieżek, byle deszczyk, a w krzyżu grzmociło, jak przy porządnej burzy. Myślę, że stanie się jeszcze dużo różnych, dziwnych rzeczy, których będę świadkiem.

Wiele osób przemierza ziemie Fallathanu, podobnie jak Ty to czynisz panie. Jakie wskazówki, rady dałbyś podróżnikom?

Isorim: Och! Codziennie odbywam podróże! Chodzę od domu do domu, by dostarczać ziemniaki. Dla normalnych ludzi trasa zdaje się być dokładnie taka sama. Ja codziennie przebywam nową drogę. Wystarczy zmienić spojrzenie na świat, by dostrzegać, jak dynamicznie się zmienia. Mój świętej pamięci Tatko mawiał, że nigdy nie przechodzi się dwa razy tej samej drogi, chyba że jedzie w zakrytym wozie i nie patrzy na świat. Cóż ja doradzić mogę? Otóż najważniejsze jest to, by dostrzegać coś więcej, niż tylko koniec własnego nosa. Nie dość, że chroni to przed zbieżnym wzrokiem, co utrudnia potem życie, to jeszcze wygląda nieestetycznie. A więc wznoszę apel do wszystkich, aby nie zezowali tyle i zwrócili uwagę na otaczającą ich przyrodę i świat oraz żeby nie bali się używać swojej jadaczki do komunikowania się z przypadkowymi ludźmi, bo mogą oni posiadać wiele cennych informacji. Mój Tatko nigdy by się nie dowiedział, że to wielkie coś, co posiadało gałęzie, lecz nie wypuszczało liści, to noga olbrzyma. Powiedział mu to podróżny mag, którego oczy były dość mocno przekrwione, a krok nie dość równy. Na dodatek bełkotał, ale nie skłamał. Jak człowiek się nie pyta, to nigdy nie odnajdzie niczego wartościowego. W lokalnych plotkach zawsze drzemie ziarnko prawdy, a więc należy na nie nastawić uszy i wyłapywać je z tego codziennego bełkotu rozpuszczonych i bogatych panienek, które nie mają nic ciekawego do powiedzenia. Trzeba próbował złowić prawdziwe perły pośród tego słownego chaosu. Bywa jednak też tak, że czasami trzeba kogoś do rozmowy zachęcić. Nie każdy jest otwarty na tyle, by samemu nawiązać relacje i wymóc przepływ informacji. My hobbity nie mamy z tym problemu.

Dokładnie. Zgadzam się z tym, nie każdy jest taki śmiały i komunikatywny, co pan i ogólnie Hobbici. Z najnowszych nowinek, słyszałem, że brał pan udział w Konkursie Recytatorskim w karczmie Euzebiusza. Choć nie wygrał pan, to jak wrażenia z tego wydarzenia?

Isorim: Nie do końca brałem udział. Jedynie poemat mój został wyrecytowany podczas tego konkursu, jako miłe słowa dla uszu dla innych gości. Nie chciałem brać udziału w tym wydarzeniu, gdyż nie spełniałoby moich oczekiwań. Niemniej jednak, słyszałem, co tam się działo i byłem tym faktem dość rozczarowany. Tak wielki brak szacunku do poezji i trudów jej twórców był karygodny. Cała ta otoczka owego wydarzenia nie pozwalała na prawidłowe przeprowadzenia konkursu. Zlazła tam masa ludzi, która postanowiła sobie pogadać przy piwku, a tak naprawdę w poważaniu mieli starania poetów. Następnym razem powinni zawrzeć mordy, zamilknąć i dać poezji wyjść na światło dzienne, a nie pozwolić na to, by utonęła w gwarze bezsensownych rozmów o wyższości gwoździ nad ściegiem w ubraniu. Mój Tatko by ich pogonił i kazał więcej nie wracać. My hobbici jesteśmy mocno zżyci z bajaniami, bajkami, bajdurami i baśniami. Dla nas jest to jedna z najważniejszych rzeczy w życiu. Szkoda, że tak mało szacunku zostało okazanego poetom.

Dziękuję panu za wywiad i poświęcony czas. Aha i proszę nie zapomnieć o tym worku ziemniaków. Biorę na spróbowanie.

Isorim: I ja także dziękuję za wysłuchanie moich opowieści. O ziemniakach nie zapomnę. Nasz klient, nasz pan. I mam jeszcze ostatnie słowo dla wszystkich czytelników. Moi drodzy, mój Tatko by wam powiedział tak. Zawsze bądźcie sobą. Nie silcie się na coś, czego nie jesteście w stanie wypełnić swoim żywotem. Będzie wam dużo łatwiej zaakceptować siebie takimi, jakimi jesteście. To naprawdę ułatwia życie. Nie wstydźcie się swoich wad, a o swoich zaletach mówcie głośno. Pozdrawiam was wszystkich.

Autor nieznany

image

Wróć do strony głównej