Elfickie wesele

2020-07-18 03:08:00

Dla tych, którym nie było dane pojawić się na ślubie Shasfany i Conalla Ranruinów nasza redakcja przygotowała krótkie podsumowanie tego niezwykłej uroczystości. Udało nam się również zasięgnąć języka wśród organizatorów i gości, którzy zechcieli podzielić się z nami swoimi wrażeniami zeń związanymi.

 

 

Najwięcej było przygotowań. Liczyliśmy na pomoc naszych gości w zakresie smakołyków, gdyż wśród bawiących się były osoby z innych ras. Jako gospodarze musieliśmy dobrze wypaść. Pojawiła się również obawa związana z Błękitną Zarazą, data uroczystości wypadła dość niefortunnie, więc nie spodziewaliśmy się wielkich tłumów.

Moja suknia ślubna nie była zakupiona, oszczędziło więc to sporo czasu i nerwów związanych ze znalezieniem idealnej kreacji na ten dzień. Zdenerwowanie pojawiło się przed samą uroczystością, głównie związane z tym, by nie pomylić się w przysiędze, nie nadepnąć na suknię – błahostki. Ponadto nigdy nie lubiłam wystawnych przyjęć, jestem w końcu druidką, jednakże nie czułam się skrępowana. Po pierwszym tańcu cały stres ze mnie zszedł. Z perspektywy czasu wydaje mi się to nawet zabawne, przecież nie działo się tam nic skomplikowanego. Goście również spisali się na medal.

Po ślubie coś uległo zmianie, ale trudno mi powiedzieć co dokładnie, niemniej czuję się nieco inaczej. Jest to pewna stabilizacja, łatwiej myśli się o powiększeniu rodziny, ale nie nazwałabym tego gromem z jasnego nieba i kompletną zmianą osobowości.

~ Shasfana Ranruin

Zaproszenia

Już na kilka tygodni przed tym Wielkim Dniem dla Shasfany i Conalla Ranruinów w świat poszli posłańcy z zaproszeniami. Ubrani w biele i błękity chłopcy dostarczyli wyselekcjonowanym przez Parę Młodą gościom zwinięte w rulon pergaminy, na których widniała pieczęć elfickiego rodu z Romen-Dor.

Z rodziną Ranruinów połączyła mnie nić sympatii, ale również współpraca. Gdy tylko więc dowiedziałem się o doniosłym wydarzeniu, jakim bez wątpienia były zaślubiny Conalla i znanej mi skądinąd Shasfany, która według mojej pamięci również stanowiła gałąź ranruinowego drzewa genealogicznego. Nie zaprzątając sobie myśli rozważaniami na temat tego, czy lza czy nie lza krewnym się pobierać, a z nadzieją na dobrą zabawę ruszyłem na uroczystość w towarzystwie uroczej Limanniel Tallaane. To, co z miejsca zyskiwało aprobatę gości, to jak zawsze dobra organizacja całej imprezy. Dostać bowiem można było się do Mewiego Gniazda na wszelkie sposoby. Ze względu na ścisły grafik zdecydowałem się na przejście teleportem, które zostało ustanowione z myślą o tych, którzy na nadmiar czasu wolnego narzekać nie mogli.

Na miejscu można było dostrzec, że państwo młodzi mogli cieszyć się życzliwością nie tylko Leafar, którzy co oczywiste stanowili większą liczbę osób obecnych na uroczystości, ale również ludzi, hobbitów, czy też innej proweniencji przybyszów. Sama ceremonia odbyła się w kapliczce umiejscowionej w ogrodach Mewiego i na krótki moment, czy to ze względu na podniosłość chwili, czy też urok tego miejsca, pozwoliła zapomnieć zebranym o zawierusze związanej z Błękitną Zarazą, czy konfliktami targającym Fallathan. Sądząc po minach zgromadzonych, którzy usłyszeli oryginalne słowa przysięgi małżeńskiej, można było odnieść wrażenie, że sam ślub był czymś na poły żartobliwym. Osobiście nie spodziewałem się po Conallu Ranruinie, by mógł powiedzieć swojej małżonce "tak", ot tak. Wesele okazało się być przysłowiową wisienką na torcie. I choć odbyło się, wbrew oczekiwaniom niektórych gości bez incydentów, to nie można było liczyć na brak atrakcji, jak choćby występ Potwornych Potworów, Barda Eycka Severkyte, czy też tańca Lorda Inchela Ranruina z bodaj jedną z góralek.

Sam bawiłem się przednio, nie bez względu na przemiłe towarzystwo. Przyznam szczerze jednak, że i mnie nogi poniosły w rytm muzyki i na szczęście z odmętów pamięci wyłowiłem kilka kroków, które okazały się być na tę okoliczność wielce przydatnymi. Jak zawsze jednak w doborowej kompanii, przy radosnej muzyce i przednim winie czas wesela upłynął niezmiernie szybko, jakby za sprawą złośliwego czaru. Czego nie można wykluczyć ze względu na kilku przedstawicieli magicznych profesji. którzy swoją obecnością zaszczycili Mewie Gniazdo.

~ Carmir Harravel

Goście

Ranruinowie niewątpliwie postawili na różnorodność.

Do Mewiego Gniazda zawitali Irimgardczycy, Vanthijczycy i Amarthyjczycy, a nawet obywatel tak egzotycznego kraju, jak Semdaros. Być może liczono na to, iż uroczystość ubarwią międzynarodowe konflikty i przepychanki o to, kto ma rację w toczących się od wieków sporach?

O dziwo wśród gości więcej było przedstawicieli ludzkiego rodu, niż elfiego. Czyżby inni Laefar krzywo patrzyli na związek między kuzynostwem i nie chcieli przynieść wstydu dla swych rodzin pokazując się w Mewim Gnieździe?

Zróżnicowanie w gościach widoczne również było na poziomie pochodzenia. Szlachcice, mieszczanie, uczeni, kupcy i myśliwi. Kto by przypuszczał, że te tak odmienne od siebie kasty będą potrafiły zapomnieć o tym, co je dzieli i zatracić się wspólnie w zabawie?

Wielu pewnie zastanawiało się, kiedy dojdzie do utarczek między magami, a tymi, którzy są wrogo doń nastawieni. Niestety… do większych skandali nie doszło, czym ci którzy czekali na tematy do plotek są niewątpliwie wielce zasmuceniu.

 

Wesele uważam za udane. Dzięki znakomitemu towarzystwu bawiłam się doskonale. Choć przyznaję, że pewne kontrowersje wzbudzał we mnie fakt związku spokrewnionych ze sobą Elfów. Swego czasu słyszałam, że hitem na azelockich uroczystościach weselnych jest zupa szczawiowa (jak ta podana na przyjęciu zaręczynowym Yaretha Arvoreena). Miałam nadzieję skosztować podobnej. Niestety, menu nie przewidywało tego dania. Mimo to zabawa była doskonała. Głównie dzięki tańcom i przekomicznej, skwaszonej miny ojca Pana Młodego.

~ Limanniel Tallanae

Ceremonia

Zarękowiny miały miejsce w altance leżącej na terenie ogrodów należących do rodu Ranruin. Biała, drewniana budowla w otoczeniu zieleni i kwiatów prezentowała się niezwykle. Późne przybycie na miejscu Panny Młodej wywołało wiele szeptów - czyżby Shasfana zrezygnowała jednak z zamążpójścia? Mówiono również wiele o niezwykłej formie przysięgi małżeńskiej. Niektórym nie w smak było to, iż Elfy dworują sobie z tak poważnego zobowiązania, inni rozczarowani byli nieco tym, że uroczystość przeminęła bez żadnych większych problemów. 

Uroczystość, tańce, uczta. No i przysięga małżeńska była ciekawa.

~ Drakon 

~ Inchel Ranruin - odmówił jakiegokolwiek wywiadu

Tańce

Niewątpliwie warto również wspomnieć o pierwszym tańcu Młodej Pary. Bo choć wielu nie nazwałoby Shasfany i Conalla mistrzami parkietu, to Liltaaníra - tradycyjny elficki taniec, wykonali z nabytą zapewne dzięki wielogodzinnym próbom gracją, a goście nagrodzili ich wysiłek burzą oklasków. Gdy w tan ruszyli górale wybrzmiały irimgardzkie nuty, które wielu wprowadziły w konfuzję, inni zaś postanowili się sprawdzić i dołączyli do pląsów.

No co powiedzieć mogę! Wszyscy gadali, że niebezpiecznie tam będzie jechać, bo ta cała zaraza panuje, a ja wiadomo, że człekiem jestem. Nie było jednak większych problemów. No i nasze specjały przywieźliśmy: alkohol oraz jadło. Bałam się, że mięsa nie będzie, bo Elfy to sałatę jedzą, ale o dziwo pomyśleli o innych. Przysięga mi się podobała, chociaż dziwny był ten ichniejszy taniec, skomplikowany się wydawał. No i taki... ten no, elegancki! Ino to u panocków było, a zabawa przednia. No i nie wiedziałam, że Elfy mogą mieć brody! Jeszcze mi kto powie, że w gaciach też coś ichniejszy chłop ma, takie rewelacje! Ale suknię panna młoda to wymyślną miała, to ci powiem!

~ Mirza nic Nohrat

Przegląd sukien

Było strojnie, kolorowo i wyjątkowo między narodowo. Irimgardki zaprezentowały się w tradycyjnych, góralskich sukniach. Panie z Cesarstwa i Romen-Doru postawiły na szyk oraz elegancję. Wielu oglądało się również za nietypową w tych stronach amarthyjskim przyodziewkiem.

Warto przyjrzeć się bliżej kilku kreacjom.

- Irmmalien nic Ceorah zaprezentowała się w spódnicy wykonanej z twardego, ciężkiego materiału ciemnoniebieskiej barwy. U rąbka wyhaftowano na niej kwiaty, a sam dół obwiedziono złotą tasiemką. Tego samego koloru, kroju i wykonania był kubraczek, pod którym kryła się lniana, biała koszulą.

- Pani na Mewim Gnieździe przywdziała suknię o niezwykłym deseniu i barwie trudnych do określenia - niewątpliwie wyszła ona spod mistrzowskiej igły. Ashetta Ranruin nie wstydziła się pokazać nieco ramion, pleców i dekoltu, jednak wszystko w granicach dobrego smaku.

- Suli Asami ubrała na siebie białą koszulę z bufiastymi rękawami oraz długą spódnicę sięgającą jej do kostek. Niebieska z wyhaftowanymi delikatnymi czerwonymi różyczkami. Na ramiona narzuciła kubraczek wykonany z miłego, beżowego materiału. W dodatku był obszywany dookoła futerkiem z białego lisa. Na szyi przewiązała kremową chustę, również z haftowanym motywem kwiecistym. Na nogi nałożyła skórzane, wiązane buty, które sięgały jej do kostek.

- Etienne de la Shahriazai pojawiła się w sukni w odcieniach granatu, ze sporym dekoltem przypominającym literę V, pełną przeźroczystości i prześwitów, mieniącą się srebrzyście gdy padało na nią słońce.

- Mirza nic Nohrat przywdziała zaś spódnicę fałdzistą, w kolorze czerwieni, z perkalu. Zapaska muślinowa była biała, haftowana czerwoną bawełną, obszyta ciemnozielonymi wstążeczkami. Koszulę miała białą, cienką, z szerokimi rękawami, czerwoną wstążką związaną pod szyję, ozdobiona mnóstwem brązowych korali, u koszuli dostrzec można było wielki, haftowany kołnierz, wyłożony na ramiona. Gorset miała czarny, zdobiony srebrem, zapinany z przodu na guziki.

Ruaidh Barbatras

image

Wróć do strony głównej