Harde stopy w grząskim bagnie, czyli hobbici z Mokradeł. O niziołkach z kraju błot słów kilka

2020-07-12 03:39:00

 

image

 

O tym, że Cesarstwo Vanthijskie to królestwo ludzi, wie chyba każdy z Was. Niemało jest też szpiczastouchych przyjaciół — bracia elfowie najliczniej występują w Menetei, ich „własnej” prowincji. Spotkamy też leonida, gnoma, anioła czy orka (choć ten winien się raczej ukrywać), a w Dziadowskiej Kniei driady, pradawne mieszkanki tych ziem. Zaskakująco mało Czytelników łączy jednak Vanthię z hobbitami, choć krewniaków moich przecie tu nie brakuje. Złośliwi powiadają, jakoby to przez wzrost — niziołka wtedy zoczysz, gdy się o niego potkniesz. Inni, sympatyczniejsi, mawiają, że nader lubimy siedzieć przy cieście i herbacie w naszych norkach i rzadko wyściubiamy nochal za okno małego światka. Większość jednych i drugich nie domyśla się zupełnie, że liczną, zasiedziałą społeczność tworzymy również na Wolnych Mokradłach. A tak, tak, Moi Najmilsi! Trójca istot trzech ras założyła bagienną społeczność: driada Tuarelith, bliżej nieznany, tajemniczy Hobbit oraz jegomość, co jeno z pozoru był człowiekiem, a nasi zowią go Dziadem Borowym albo Leśnym: druid Leszy.

„Zali się istotnie z Mokradeł wywodzicie?”, pytają mię zdumieni rozmówcy, lubo przecie swojej proweniencji nijak nie ukrywam. Ano, prawda to. Mateczka moja, z domu Barabuss, pochodzi istotnie z kraju bagien, zaś ojciec, Brando, z Severkyte’ów, zasiedziałych od dawna w Romen-Dorze. Odpowiadam tedy składnie, poczem kolejne pytania dostaję, a każde pełne zdumień i zdziwień ogromnych. A czy mieszkamy w norach, a czy nam nie za mokro, a gdzie właściwie żyjemy i jak się miejscowości nasze zwą. W końcu uznałem, Kochani Moi, że najlepiej będzie, jak Wam rzecz całą wyłuszczę raz a dobrze, wiadomości mając z pierwszej ręki. Sam bowiem jestem hobbit, z matki i babki Mokradlanin, a ojczyznę swą bagienną do dzisiaj miłuję. Uporządkujmy tedy wiedzę o niziołczej braci z tych regionów.

Kwestia pierwsza — czy mieszkamy w norach?

I tak, i nie, i pomiędzy.

Najsampierw chciałbym zwrócić uwagę, że mowa nie o pospolitych „norach”, lecz umeblowanych, zacisznych mieszkaniach wydrążonych w ziemi. Nie jest przecie tak, iż my, hobbici, lubimy odmarznięte nerki i reumatyzm od wilgoci. Nasze sypialnie są cieplutkie, bawialnie wygodne, a spiżarnie — dobrze zaopatrzone. Wewnętrzne ściany domostw okładamy mchem i darnią bądź pospolitym torfem. Poczem dopiero oblepiamy gliną i na to dajemy boazerie, lamperie i tkaniny. Jednakowoż, owe typowe, ciepłe domki nie zawsze możemy w ojczyźnie tak zabagnionej postawić.

Im bliżej Leithy, serca regionu, tym suchszy teren, możliwe jest tedy tradycyjne budownictwo ziemne. Na samych bagnach domy wznosi się na palach, kamiennych podmurówkach bądź bezpośrednio w koronach i na korzeniach mangrowców, zręcznie korzystając z urządzeń natury.

Kwestia druga — czy budujemy miasta i osady?

Cóż, jedyną „metropiliją” jest stolica, Leitha. Nie mamy też osad w tradycyjnym, Waszym rozumieniu. Nasze sioła noszą, zaiste, wdzięczne miana: Babie Górki, Rosica, Topigaj, Podleśniczki Dolne i Górne, Zębiska, Morszczyny, Suchowoda, Ciepłe, Mokradliska, Szczykiszki, Łańcuch, Jarzębina, Pagórki Białe, Pagórki Wysokie, Dusidół, Rój, Trzęsawka, Bobrzysko, Kokoszki, Duszyjar, Przepióry, Zarzęsa, Mgliwe, Drżęsień… Są to jednak nazwy nasze,  familijne, nie wioski z paragrafu. Po prostu, Moiściewy, sprawa taka, że łacniej drogę przez te moczary odnajdziesz, pytając sąsiada, aniżeli sięgając okiem drogowskazu, bo tych nie ma na Mokradłach wiele. „Wioską” może być majątek owego sąsiada, od jakiejś przywary czy zalety gospodarza nazwany. A może być to i ziemi przygarść, przez jedną rodzinę zamieszkana. Kto chce tu korzenie zapuścić, braciszkowie, niechaj wszyściutkie mapy nosi w swojej głowie!

 

image

 

Kwestia trzecia — jakie są te niziołcze BIBY, Mistrzu Eycku?

Ho, ho, to pytanie zadajecie mi zgoła najczęściej. „Jak się bawią hobbici i czy podobnie do nas?”

I podobnie, i niepodobnie. Nasamprzód rzec należy, iże my, niziołki nie mamy świąt tak ściśle określonych, ceremoniałem czy datą, jak Wy. Każda okazja do wspólnej radości jest dobra, choć szczególniejsze okoliczności, a jakże, się zdarzają. Jak pewnie wiecie, mamy bardzo liczne rodziny, a dzieci rodzi się dużo, nic tak bowiem nie raduje naszych serc, skłonnych do wzruszeń, jak dziecięcy śmiech i szczebiot. A że i pamięć do imion u nas dobra, i drzewa rodowe o wielu gałęziach, przeto urodzin i rocznic krewnych i pociotków zbierze się co niemiara. Najważniejsze są bodaj urodziny, szczególnie jedenaste (pierwszy dziesiątek lat dziecinnych plus rok wczesnej młodzieńczości) i każde następne „podwójne” (22, 33, 44, 55, etc.), oznaczające dwukrotną obfitość. Hucznie obchodzi się też setkę i sto-jedenastkę, czyli magiczną jedenastkę i równie magiczną setkę wzięte razem. Bardzo często, żeby biba była jeszcze większa, krewniacy i sąsiedzi wyprawiają urodziny razem. To, co odróżnia nas od Was, to prezenty z tej okazji. Tradycją jest nie tylko je dostawać, Moiściewy, ale i wręczać swoim gościom. Zazwyczaj są to jednolite, proste pamiątki: figurki z ciasta, plecionki z koralików, grzebienie, ciasteczka, jednak bogatsi rozdają również takie, co to każdemu z osobna przeznaczone. Wyobraźcie to sobie! Czterysta różnych podarków dla czterystu gości!

Wszystkie upominki, rzecz jasna, przechowujemy. Kolekcja powinna być w zasadzie jak największa. Ten, kto uzbierał więcej niż kilkadziesiąt trofeów, dopiero rozpoczął przygodę ze sztuką biesiadowania. Wytrawni bibosze mają ich wyżej tysiąca. Są poważani w całej „wsi”, używając Waszych nazw.

Oczywiście, każdej okazji towarzyszy uczta. Porządnie zastawiony stół to połowa sukcesu. Tu zwykle wtrącacie, Najmilsi: „A co właściwie jadacie”? Powiem tedy, lubo o jadle piszę w sąsiednim artykule, że nasza kuchnia różni się od tej z „suchego” Cesarstwa. Tak typowych dla Vanthii złotych łanów zbóż, zielonych pastwisk i pól rzepy nie spotka się tu, na Mokradłach. Jemy to, co rośnie dziko, w sąsiedztwie, pod ręką. Popularne są różne kłącza oraz bulwy, kleiste łodygi czy bujne listowie. Jadamy pałkę i rukiew wodną, czyściec, rozmaite lilie i liliowce, dzikie owoce i jagody. Z pyłku i nektaru kwiatów sporządzamy nalewki i syropy. Troszkę podobni tu jesteśmy do jaroszy z Almanan. Oczywiście, na stół trafiają także różne ryby, skorupiaki i stworzenia wodne. Za frykas uchodzą ślimaki, szczególniej winniczki, a także żabie udka. Nasze żaby potrafią być ogromne, ich udka są na ćwierć lub nawet pół łokcia młodego dziewczęcia! Z kolei bobrowe ogony w śmietanie to wręcz przysmak królów. Wprawni traperzy polują nawet na krwiożercze bestie. Z mięs nie braknie frykasów dla Was egzotycznych: sznycli z wydry, peklowanych wiewiórek, wędzonych węży wodnych czy pieczonych na ogniu błotniaków.

 

image

 

Jedzenie, choć jest ogromną rozkoszą, to wszako nie koniec. Mamy swe własne, my, bracia hobbici, turnieje i zabawy. Na przykład, na ósmego Nathmela, to jest święto pań, istnieje przesąd taki, wedle którego żadna białka w tym dniu pracować nie powinna. Wyręczamy więc nasze niewiasty we wszelkich obowiązkach, a do tego robimy dla nich rzeźby… z owoców i warzyw. Musicie wiedzieć, że ogrodnictwo to u nas dziedzina męska, a same kwiaty to za mało, by obdarować kobietę. Biorą się tedy nasi panowie za drążenie arbuzów, wycinanie w buraczkach i jabłuszkach oraz plecenie girland i wieńców, dla Was raczej niewieście zajęcie. Przypomina to nieco ptasi rytuał godowy; przystrajanie dla samiczki gniazda.

Na rozpoczęcie wiosny z kolei robi się zabawy cielesne, co ustrój po zimie zahartować mają, kości rozruszać i ducha tchnąć nowego. Wszystkich sportów bym tu nie wyliczył, bo i każdy ma własną fantazję, zazwyczaj jednak są to rzeczy z żyłką rywalizacji. Lubimy mierzyć się z sobą, co pewnie dostrzegliście. Organizuje się tedy bieg z żoną na plecach, rzut ziemniakiem, ujeżdżanie knurów, znane Wam już konkursy picia i popalania ziela, jedzenie na ilość i czas czy błotne zapasy. Dość popularną zabawą jest „ślizg na lada czym”, czyli zjeżdżanie ze sztucznie usypanej góry…. Na czym się jeno da! Co do tych wzmiankowanych knurów zasię… Na jesieni, zwykle w końcówce Penhari, kiedy tradycyjnie ubija się świnie, by mięso na zimę ładnie zasolić w beczkach, obchodzimy Święto „Chrum!” Wtenczas to naśladuje się odgłos prosięcia, smakuje pyszną słoninę i wybiera najpiękniejszą panią świnkę, przystrajaną na ten dzień jak księżna. Robi się też — jak i w innych datach — konkurs puszczania kółek z dymu, piosenki czy gawędy. Są przecie i takie gry towarzyskie, co dobre na każdą okazję. Obchodzimy zresztą przyjście i odejście każdej pory roku. Że zaś brać nasza muzykalna, tańczy się i śpiewa do rana. Pożądane jest, by każdy z nas, niezależnie od życiowej ścieżki, miał choć odrobinę talentu do dźwięków, czy to w śpiewie, czy w grze na instrumentach, czy przez poczucie rytmu w tańcu. Równie mocno zaprawieni jesteśmy w grze… o fanty. Wyzwaniach i zakładach. Znamy grę w bierki, cetno-licho, kości, a nawet karcięta. Walczymy też na zagadki, chyba najsłynniejsze. To nasza święta, honorowa gra. Nie wolno w niej oszukiwać i zawsze trzeba oddać (lub przyjąć) wystawione fanty.

Kwestia czwarta — czy nasze nory kryją nieprzebrane skarby?

To legenda, mająca pewnie związek z obszernością naszych domostw, przystosowanych, jako się rzekło, dla bardzo licznych rodzin.

Nie ma u nas wyraźnych panów, ani też dziedziców, choć faktycznie, jako wszyscy inni, rywalizujemy majętnością. Mokradła mają jednak to do siebie, że rządzi nimi natura. Wylewy rzek, więc i powodzie czy choćby podtopienia… Rzęsiste deszcze, wręcz ulewy i błotne lawiny… Rozchwianie tam, niszczenie podpór przez różne drapieżniki… To codzienne nasze problemy. Nie do końca dozwalają wszystko zaplanować. Oczywiście, takie plany każdy sąsiad ma, jeno liczyć się musi z kapryśnością Fortuny. Mateczka ziemia co czas jakiś wymusza remonty — a to przegniją paliki i bale, chroniące od nagłej kąpieli, a to co zawilgotnieje czy się z wilgoci wypaczy. Drapieżna roślinność i zwierzęta, żyjące całkiem blisko — też mają swe do wyrzeczenia, bo mnożstwo ich okrutne. Nie mamy tedy, jak sądzicie, nieprzebranych bogactw. Lubo cenimy wygodę i splendor, wiemy, ile kosztują. Mniej niż nasi kuzyni z ziem suchych przeżywamy utratę przedmiotów. Szybciej też podnosimy się, jak myślę, z klęski. Być może to dzięki przyrodzie różnimy się charakterem — ów kmiecy, spokojny żywot, przypisywany hobbitom, tu jakby mniejszą liczbę kuzynów angażuje. Więcej spotkasz wędrowców, artystów, hultajów i nicponi. Wszystko to sprytne, ruchliwe, żwawe, w podróże się puści… Na przygodę jaką ruszy… Tak, może jesteśmy „dziksi”, jak czasem się powiada.

 image

 

Kwestia piąta i ostatnia — Mokradlanie czy już Cesarczycy?

„Głos Fallathanu” to periodyk apolityczny i dość lekki, przeto nie wiem, czy na powyższe winieniem odpowiadać. Niemniej… tak, można tak rzec, że naprzód Mokradlanie. W ogóle, pierwej i najbardziej, tośmy są hobbici. Bracia, siostry, swojacy. Sąsiedzi. Później wszako deklarujemy się jako tutejsi. Swobodne duchy dzikiej krainy, gdzie trzeba wiedzieć, co się jada, co cię uleczy, a co struje. Gdzie pachną nargile, a bagienna woń otula ziemię zawiesistą mgłą. Tedy (rzeknę za siebie), jestem z pierwszej krwi hobbit, z kolejnej Mokradlanin, dopiero później obywatel Cesarstwa, co zdaje mi się rzeczą naturalną. Nasze tradycje starsze są niźli graniczne stanice. Serca szersze, myśl śmielsza niekiedy, a dusze — zawsze wolne.

Eyck Severkyte

image

 

Wróć do strony głównej