W świecie smaku - Świat owoców reptilliańskich

2020-08-07 20:27:35

Reptilia. Tlaxclot. A docelowo Las Tysiąca Węży - takie były moje główne powody udania się na tę egzotyczną wyprawę. Tak - z jednej strony mój pomysł zakrawał na szaleństwo, z drugiej - czyż to właśnie nie na drodze ryzyka odkrywano największe wynalazki? Ja zaś chciałem skatalogować jak największą ilość węży, pobrać próbki ich jadu oraz opracować na nie antidota. Dowiedziałem się, że w Wiszących Ogrodach Tlaxclot, w niezwykłym laboratorium alchemicznym, za drobną opłatą można przeprowadzać badania naukowe. Tam też chciałem skierować swe kroki. Zaprawiony byłem już w trudach podróży na daleki wschód, w zwiedzeniu Utopii czy większych miast, jak Marlua. Obudził się we mnie duch odkrywcy i podróżnika. Polubiłem to. Zawsze pasjonował mnie świat spoza Azeloth, a Reptilia w dwójnasób była pociągająca. Raj i piekło w jednym. W jednej chwili zakochasz się w Zatoce Tysiąca Muszli, by w kolejnej zginąć marnie w Plugawych Ostępach... A ja właśnie chciałem to wszystko zobaczyć na własne oczy.

 

 

Na wyprawę udałem się ubrany odpowiednio do warunków tu panujących – wysokiej i niezwykle uciążliwej temperatury - tak, jakby wewnętrzne, gorące lawy Sferrum właśnie tutaj skumulowały swe strumienie. Biała koszula, spodnie z miękkiej, dobrze wyprawionej skóry oraz buty, solidne, wysokie do kolan, by zabezpieczyć się przed ugryzieniami pełzających po ziemi węży. Przy pasie miałem przymocowany sztylet, choć tą bronią mogłem niewiele zdziałać, to przynajmniej dodawała mi pewności i iluzorycznego poczucia bezpieczeństwa. Oczywiście w tym swoim szalonym planie nie miałem zamiaru być osamotniony. Liczyłem, że złoto przysporzy mi najemników, ochotników czy też awanturników - zwał jak zwał. To, że moje przybycie zbiegło się z ceremonią symbolicznego namaszczenia i przekazania symboli Gwardii przy świątyni Maasaan, było czystym przypadkiem, a może i prawdziwym fartem, bo z tego co zdążyłem zauważyć, w mieście roiło się nie tylko od jego rdzennych jaszczurzych mieszkańców, ale także ludzi i przedstawicieli wielu innych ras. Gwarno, tłoczno, w powietrzu dało się wyczuć oczekiwanie. Postanowiłem wziąć udział w tej uroczystości. Chwała Pradawnym, że porozumiewają się tu we wspólnym. Choć miałem predyspozycje i głowę do uczenia się nowych języków, przy tym gadzim dałem sobie spokój. Nie znaczy to jednak, że nie przysłuchiwałem się tej odmiennej od ludzkiej mowie... Na poniższych kartach postaram się na bieżąco zapisywać kolejne ciekawe wydarzenia i zjawiska tej egzotycznej wyspy. 

 

 

 

Stolica Reptilli tętni życiem, ale nie jest takim miastem, do jakich ludzie są przyzwyczajeni. Nie ma tu murów, a domostwa mieszkalne można policzyć na palcach jednej ręki. Za to przy gadzich piramidach i imponujących świątyniach naprawdę można poczuć się maluczkim. Kiedy wykonałem kilka szkiców co bardziej interesujących budowli, skierowałem się do słynnej Dzielnicy Handlowej. Jak każde miasto i tutaj targ pełnił bardzo ważną rolę. Miałem wystarczająco dużo czasu, by zwiedzić tę część miasta i zapoznać się z lokalnymi towarami. Prawdą było, że można było tutaj nabyć dosłownie wszystko, mnie jednak z zamiłowania najbardziej ciągnęło do roślin, skoncentrowałem więc swoją uwagę na reptilliańskiej żywności. Feeria barw, zapachów i smaków. Większość z tych jadalnych owoców przyciągała wzrok, ale szczerze przyznam, nie miałem pojęcia, jak się je określa, jak się je obiera, a tym bardziej jak się spożywa. Wiedziałem jeno tyle, że sprowadza się je na kontynent Fallathanu, ale ich cena powodowała, że te egzotyczne dary ziemi najczęściej prezentowały się na stołach arystokracji, szlachty czy bogatych mieszczan. Dowiedziałem się także, że to właśnie te owoce wchodzą w skład jednego z droższych trunków - piwa o jakże wdzięcznej nazwie „Owoc Tropików” - podawanego zresztą nie tylko w reptilliańskich karczmach. Napitek ów jest umiarkowanie mocny, lekko odurzający, a także - co najważniejsze - doskonały w smaku.

 

 

Po chwili moją uwagę przykuł okrągły, niewielkich rozmiarów owoc, otoczony pomarańczową skórką, nazywany od swojej barwy „pomarańczą”. Pachniał bardzo przyjemnie, gdy zaś go skosztowałem, stwierdziłem, że dawno niczego tak pysznego i orzeźwiającego nie jadłem. W smaku był jednocześnie słodki i lekko kwaśny. Włóknisty miąższ łatwo oddzielał pojedyncze cząstki owocu. Handlarz wykazał się dużą dozą cierpliwości. Widząc moje zainteresowanie, bardzo chętnie dzielił się wiedzą i spokojnie odpowiadał na wszystkie moje pytania, dzięki czemu dowiedziałem się na przykład, że pomarańcza ze względu na swój smak idealnie nadaje się zarówno do soków, jak i alkoholi. Miałem zamiar kupić kilka sztuk reptilliańskich owoców, by jak najwierniej je naszkicować, a po powrocie do Azeloth podzielić się zdobytą wiedzą. Kolejną rośliną, którą skosztowałem był banan. Gdy już oddzieliło się go od żółtej, niezbyt grubej skórki, okazywał się być bardzo słodki w smaku, a do tego sycący. Zrywa się go, kiedy jest jeszcze zielony, po czym stopniowo nabiera dojrzałości. Jego zaletą jest odporność na trudy transportu. Kolejny dar tej ziemi, który przykuł moją uwagę, z całą pewnością spodoba się niewiastom. Mam tutaj na myśli awokado - owoc o dużej zawartości tłuszczu, kształtem przypominający gruszkę. Zewnętrzna warstwa jest koloru zielonego, dość gruba. Tłuszcz tego owocu doskonale się rozsmarowuje i sprawdza w roli czegoś na kształt znanego mi masła.

To, co istotne dla kobiet, to fakt, że olej z awokado ma duże zastosowanie w kosmetyce - przykładowo papka z awokado nałożona na twarz ma działanie łagodzące i odżywiające skórę. Kolejnym ciekawym odkryciem było spożycie małego owocu o zielonym miąższu - soczystym i aromatycznym. Z tego, co mówił handlarz, kiwi, bo o nim mowa, są nie tylko smaczne, ale i zdrowe. Bardzo wyjątkowym płodem tej ziemi była również cherymoja, zawierająca miękisz o białym zabarwieniu, konsystencji kremu, zapachu róży i kwaskowo-słodkim smaku. Spędziłem na targu dużo czasu chłonąc wiedzę nie tylko o samych owocach, ale także o rybach czy darach morza - podstawie żywienia jaszczurzych mieszkańców Reptilli. Nawet nie dostrzegłem upływu godzin. Handlarz obiecał mi, że opowie przy następnej wizycie jeszcze więcej o tych tropikalnych specjałach, tak bym jak najrzetelniej je opisał. Niestety, na gruncie klimatu umiarkowanego większość tych roślin nie miałoby szans się przyjąć, nad czym ubolewałem. Zapłaciłem mu sowicie, głównie za czas i uwagę, jaki mi poświęcił. Bałem się trochę efektów owego owocowego poznawania, na szczęście jednak żołądek bez problemu przyjął nowe pokarmy. Dzień miał się już ku końcowi. Chcąc odpocząć udałem się do najbardziej polecanej w całym Tlaxclot gospody „Maski i Węże”, a co tam ujrzałem i doświadczyłem to już opiszę Wam, drodzy czytelnicy, innym razem.

Moirrana

 

 

 

Wróć do strony głównej