Krótkie opowiadania - "Flądra"

2020-08-07 13:00:40

 

Nocą brukowana ulica wydawał mniej odorów niż za dnia, kiedy promienie

słońca zwiększają ich intensywność, gospodynie wylewały wiadra  ścieków

do kratek kanalizacji, wozy zaciągnięte w szkapy, pozostawiały parujące

końskie łajno, które przyklejało się do podeszwy nieuważnych

przechodniów. Blada światło latarni rozlewało się kolejno po kostkach

wyścielających drogę, próbując wcisnąć się w zakamarki gęstej brei

zaułków. Zapachy z którymi da się obcować, łapały w sidła przechodnia,

wojażera, strudzonego wędrówką wprost do nadmorskiej speluny. Na

zardzewiałym haku, na ostatnim dosłownie włosku utrzymywał się szyld z

widniejąca nań nazwą „Flądra” który wbrew wszelkim przewidywaniom, nie

przeszkadzał, nie zniechęcał biesiadników a wręcz przeciwnie. Elewacja

kamienicy w której się mieściła tawerna, nie zachwycała, ale

tutejszy zmysł estetyczny na pewno na tym nie cierpiał. Ważne żeby w

razie burzy drzwi były, lub by było czym trzasnąć przy wejściu. Do

przybytku zawitał dość znany jegomość, niedźwiedziej wręcz postury, co

ledwie przecisnął się przez futrynę. Widząc go, na usta się pchało

pytanie, jakie to męki rodzicielka przejść musiała by na świat wydać tą

żywą, ludzka fortece. Luźna koszula, zapewne z płótna wielkości

prześcieradła zszyta, a kamizelka na szwach już puszczała. Na domiar

złego, jego gracja słonia w składzie porcelany pozwoliła na utorowanie

sobie przejścia, zmieniając umeblowanie izby. Zajął po jakimś czasie

miejsce swe strategiczne, nie omieszkał po drodze podszczypując zacną

gospodyni w lewy pośladek. Jak już wspomniało, nie była pierwszej

młodości, więc jeno pogroziła palcem mężczyźnie w głębi ciesząc się

jeszcze z powodzenia. Dwóch doświadczonych dziadów rozprawiało o swych

przygodach.

- Chodźże Birdker, odszpuntujemy następny antałyk, coby

w gardzieli nie zaschło. Zakarbowało mi się w pamięci jak onegdaj

płynęli my, wioząc bogato tkane gobeliny dla burgrabi? Jaki bies jeden

sztorm rozpętał? Żech na klęczkach, boso pod pokładem się spowiadał się

bogu, coby mi występki nie ciążyły i na dno nie poprowadziły?-

Wspominał jeden, coby jego kamrat temat podjął.

- I na cóż

ci było? Pewniakiem żeś przed końcem burzy się nie zdążył wyspowiadać,

a sporo żeś zachował na drogę powrotną.- Mruknął drugi, szperając w

swych kieszeniach za zaskórniakami co by się przydały na opłacenie

zamówienia.

- Dziatki dziadki, aż dziw bierze że wy w ogóle coś

pamiętacie, mój ojciec w waszym wieku to nie wiedział czy na wojęce

kula go ugryzła między łopatki, czy też dostał łopata między kulki!-

Ozwał się olbrzym, rechocząc, a dłoń, w której odległość między małym

palcem a kciukiem równała się średnicy patelni, spoczęła na szczycie

brzuszyska.

- Patrzcie go, ignorant jeden. Myśli że mięśniami może

się pokazać, a to góra tłuszczu obrasta wokoło. Opiera się na wyglądzie

tytanim a pewnie słaby jak jętka.- Szczupły dziad, całkiem osiwiały

miał jeszcze grozę w błękicie oczu, a na skroni od zdenerwowania żyłka

mocno pulsowała. Drugi się nie przejął, odkorkował podany antałyk,

gdzie księżycówki opary samo znaczny procent alkoholu posiadały.

- Dziadku, żem syrenim zawodzenia się oparł, krakena spotkał… nawet piraci,

ten nędzny pomiot grabieżców nie jest mi straszny…- Tu parę głów w

jego stronę się zwróciło, nawet można by dostrzec że blask zatańczył na

jakimś ostrzu i znikł w mroku któregoś z kątów.

-…których

jednakowoż na swój sposób cenie gdyż iście intratne z nimi interesy

robie. Mocnym jak dąb, twardy jak skała, nawet śmierć się mnie nie

ima.- Szybko się zreflektował roślak. Obok niego stanęła oberżystka,

niedbale machnął, dając do zrozumienia że to samo co zwykle ma

zaserwować. To samo, znaczy się trzy po trzy, trzy dorsze, pangi i

mintaje. Niby do ryb białe wino, tutaj to jest nieosiągalny i zbyt

ekskluzywne.

- O tak, w ten sposób prędzej leżeć będziecie pod

łokciem darni. Wąchając korzenie od spodu. Nie wiek bowiem sądzi o

śmierci, nie siła. Lepiej zeń nie kpić.- Zebrał się pod boki starczyna,

szczerbiąc zęby w uśmiechu, zaś między zżółkniałymi pozostałościami

zaświeciły ze dwa złote. W tym czasie karczmarka uwinęła się z jadłem i

pod nos poddała, a to co jej waść zapłacił, schowała w obfitym biuście.

Olbrzym zabrał się do konsumowania, jeszcze pełnymi ustami odpowiedział.

-Śmierć może mi….- Zamarł, oczy rozszerzyły się, oddechu złapać nie

mógł. Nadymał się jeszcze bardziej a twarz kolor zmieniała. Wypuścił z

rąk sztućce, dłonie owinął o szyje i dusił się, stękał i charczał. Nie

mniej żadem mu nie pomógł i legł dąb zwalony, góra się rozstąpiła a

człek zszedł z tego świata. Nie syrena, kraken czy inna bestia a ość w

gardle stanęła.

Autor nieznany

 

Wróć do strony głównej