Stwierdzając o Twierdzy cz.1.

2020-08-06 05:08:04

O wyspie leżącej na północ od Cesarstwa mówi się nieczęsto, a kiedy temat jest już na językach, usta szepcą niepewne prawdziwości słów. Trudno zaufać bajkom, którymi bardowie przykuwają uwagę karczemnych słuchaczy, zaś relacje o tym jaka Twierdza jest na prawdę mogą zdać tylko nieliczni, ci którzy udają się tam potajemnie i wróciwszy cało z wyprawy, usta mają zamknięte. Moje nie będą wyjątkiem. Siedząc w półmroku z pełnym kałamarzem, zanurzam w nim pióro i ważąc swoje myśli, ostrożnie przenoszę ja na papier leżący przede mną na stoliku.

Droga ludności Cesarstwa, jak i całego Fallathanu!

Moja przygoda zaczyna się na pirackim szkunerze. Otoczony przez ludzi wyklętych, niebezpiecznych i w oczach wielu, szalonych, stoję na pokładzie ze wzrokiem wpatrzonym na północ. Ląd, którego nazwa zwykła przyprawiać mnie o ciarki wynurza się z mgły. Z każdą chwilą linia brzegowa nabiera wyrazistości. Jeszcze kilka pełnych napięcia chwil i przybijemy do brzegu. Czuję podniecenie i nie potrafię ukryć go przed piratami. Któryś szczerzy zęby, klepie mnie w ramię i rechocze złośliwie. Lada moment stanę na wyklętej ziemi. Bezpieczeństwa nie zapewni mi tutaj prawo Cesarskie, lecz ludzie, których to prawo ściga.Piraci, ludzie spod ciemnej gwiazdy, tacy którzy mogą prowadzić interesy z rasą orków.

Ziemie na południu stanowią naturalną granicę dla wścibskich przybyszów. Trzęsawiska są tak gęste i niebezpieczne, że dostanie się wgłąb lądu możliwe jest tylko przy wsparciu tutejszych. W głębi Urruthorroru występują tereny górzyste, sama Twierdza wzniesiona jest wśród surowych, strzelistych wzgórz. Tutejszy klimat jest chłodniejszy niż w Cesarstwie. Schodząc z pokładu gratuluję sobie dobrych przygotowań. Surowy to ląd, witający każdego po macoszemu, chłodno i surowo.

Nie mam wiele czasu na obserwację przyrody. Przyglądam się posępnym lasom, wdycham woń mokradeł i słucham wszechobecnej ciszy tylko przez chwilę. Jako jeden z załogi staję w tyle, gdy herszt wita się z zaprzyjaźnionymi tubylcami. Musi być to banda orków, których jest na tych ziemiach wiele. Mają na sobie pancerze, okryte grubymi skórami zwierząt. Ciekawość popycha mnie na przód. Słyszę twarde jak stal słowa, przyglądam się tatuażom zdobiącym odkryte części ciał orków. Są rodziną, muszą wyznawać to samo bóstwo i prowadzić wspólne interesy. Nie śmiem pytać o ich szczep i zwyczaje. Jestem rad na ich obojętność wobec mnie i moich kamratów. Są zdystansowani wobec ludzi i nie darzą ich ufnością. Mimo to, znając sytuację piratów, utrzymują z nimi kontakty.

Dochodzi do wymiany towarów, po której część z piratów wraca na statek. Kapitan, wraz z garstką towarzyszy, w której jestem ja, zamierza udać się do stolicy. Mają towarzyszyć nam zielonoskórzy, jako przewodnicy i eskorta. Kilku z nich wraca do wioski. Z żalem patrzę jak odchodzą. Nie poznam społeczności tutejszych totemów. Zamiast tego udam się do miasta, o którym w moich rodzimych stronach krąży dużo legend. Każda z nich mówi o złości, krwi i nienawiści. Każda z nich spowita jest aurą mroku i przesączona słowami o złych, zapomnianych czarach. Dośćogromne wrażenie wywarła na mnie przystań dla statku, a to dopiero początek... Już niebawem sam przekonam się, ile warte są opowiastki, którymi straszy się dzieci i zabija znużenie u starszych.

Czuję lekki niedosyt. Podróż do miasta wydłuża się w nieskończoność. Orkowie częstują nas grogiem, wkrótce szum zaczyna rozbrzmiewać w mojej głowie wzniecając głód wiedzy o tutejszych. Siedząc w łodzi dość mam wpatrywania się w szuwary i zabagnione lasy. Nie ma tu szlaków, lecz orkowie zdają się mieć mapy wyryte w pamięci. Dla mnie wszystko dookoła jest takie samo. Szare, mokre, chłodne i niezbadane.

I choć dowiedziałem się o nich wiele dopiero w samym mieście, już wtedy, siedząc obok nich i wlewając w siebie ich strasznie mechacący myśli trunek, zacząłem rozwodzić się w duchu nad ich istnieniem. Wyobraźnia zadziałała, a bliskość nieodkrytego spotęgowała jej działania.

Istoty wielkie i groźne, siedzące w milczeniu. Ich miny było powściągliwe, lecz zmarszczki na skórze dawały świadectwo ich zmartwieniom. Z dala od luksusów ludzi z południa, żyjący w plemiennych gronach, bezustannie toczący walkę o przetrwanie z innymi szczepami. Orkowie. Takimi zacząłem ich widzieć. Nie wypuszczali z dłoni oręża, przywykli do niebezpieczeństw potrafili okazywać spokój, choć niebezpieczeństwo czaiło się tu wszędzie i nigdzie zarazem. Tatuaże zdobiące ciała orków przyprawiały mnie o zawroty głowy. Wzory i figury stanowiły tło dla rys postaci, mitycznych bestii i oblicz duchów. Uległem ciekawości, jak wyschnięte siano ulega iskrze. Zapytałem.

Jeden z nich obrzucił mnie spojrzeniem, drgnął kącikiem ust i odrzekł cicho.

- Wy ludzie jesteście niemniej dzicy od nas...

Więcej nie usłyszałem. Kapitan syknął na mnie. Nie odezwałem się do końca podróży. Piratów nie interesowali orkowie.

Wzięli mnie na statek tylko dlatego, ponieważ mój ojciec był jednym z nich. Rasa zielonych była im obojętna, nie wadzili im ze wzajemnością. Nic o sobie nie wiedząc, współpracowali ze sobą w konieczności. Złoto dla obu stron miało cenną wartość. Broń, pożywienie i wpływy. Nawet z dala od serca Urrthorroru nie istniał już handel wymienny. Wyspa była tajemniczym miejscem, gdzie walka toczyła się na granicy starych obyczajów i nowych zasad. Na statku słyszałem, że orkowie z miasta inni są od tych, którzy prowadzili nas przez dzicz.

Obok fascynacji pojawił się żal. Ujrzałem obraz, którego nie zdołam poznać. Podnosiłem się na duchu myślą - tamci muszą być równie fascynujący jak ci... muszą.

Autor nieznany

 

 

Wróć do strony głównej