Głos krasnoludzki

2020-07-18 03:16:15

"Głos krasnoludzki

- czyli co zostało zasłyszane w karczmie

na temat konfliktu Amarth i Irimgardu"

 

 

 

Irimgard ma mieć wojnę z Amarth. Ta wieść bądź co bądź jest najważniejsza dla nas w obecnym czasie. Jakby za małym problemem dla uczciwych, bogu ducha winnych, brodaczy były Elfy panoszące się po Fallathanie. Tak, to jest problem, o którym się nie mówi! Ilekroć zawita się do chociażby sławetnej karczmy "Pod pijanym półorkiem", to znaleźć Krasnoluda, to tak samo jak znaleźć niczyją sakwę pełną złota, zostawioną przez nieuwagę pijanego bogacza. Za to natknąć się na długouchych drani to tak samo jak czuć potrzebę opróżnienia pęcherza. To znaczy - jak dzień bez takowego stanu uświadczysz, to wiedz, że coś się dzieje! Dlatego też w tym artykule zamieszczam wypowiedzi zasłyszane jedynie przez zainteresowanych Khazadów careogrodzkich, napotkanych chociażby w karczmie "Szczęście brodacza". W sumie mógłbym od razu przystąpić do prezentacji wypowiedzi, ale w końcu żem jest redaktorem i mogę co nieco ze swego zdania przemycić. A mianowicie, że inne problemy są ważne, a wojna jest ino wojną - potłuką się, porąbią, wszem i wobec o tym trąbiąc. Niestety jest szansa, że wielu tam zginie, wówczas przez smutek, gniew obu stron minie. Po czym będzie godzenie i wróci dawne pierdzenie. Oczywiście nie jest to oficjalne stanowisko namiestnika Synów Thar Tarag w sprawie potencjalnego konfliktu Amarth i Irimgardu, lecz nieoficjalne stanowisko niskiego, brodatego minstrela odnośnie jako takiego zjawiska wojny. No, zatem skoro wszystko już wiadomo, poniżej obiecane wypowiedzi.

Krasnolud Tundurn, lat 75, profesja kowal:

"Dajże pan mnie spokój! Oni mają wojnę, a nie my! A, że sąsiady, hmm... Nikogo wspierać nie musimy, ba, swoją drogą przez te nasze sojusze nie mam pojęcia kogo mielibyśmy wesprzeć zbrojnie! Posyłać żołnierzy na śmierć za nieswoje sprawy i potem w nagrodę zostać okrzykniętym zdrajcą przez pół Fallathanu, które stało za tym, któremu nie pomogliśmy? O, nie! Nikt mnie i mego kraju nie nazwie zdrajcą! Proponuję pomóc obu sojusznikom przez sprzedaż broni! Nasz interes się rozwinie, kabzy napełnią i nikt z walczących nie będzie mógł powiedzieć, że złamaliśmy sojusz. Ot, takie moje zdanie!"

Krasnolud Bhugar, lat 111, profesja rolnik:

"Ja tam prosty człek jestem, gdzie mi decydować o tym co robić. Niech się o to martwi król i inne ważne osobistości, choćby waszmość. Ale przyznam, że mnie by się lepiej wspierało Irimgard. Jakoś nigdy nie mogłem się przekonać do magii. Ta dobra wszak pochodzi ino od Moradina, a kto wie, czy tamtym magusom nie zsyłają jej jakie diabły elfie! Nie udowodni mi pan, że tak nie jest!"

Krasnolud Urton, lat 52, profesja najemnik:

"O, dobre pytanie, co powinniśmy robić w tej sytuacji. Osobiście proponuję trzymać się najnowszych sojuszy. Według mnie magia jest nam potrzebna. Wszak przeciwieństwa się przyciągają. Sojusz z Irimgardem w przypadku zagrożenia daje nam więcej broni i dobrych wojowników, ale nie daje niczego nowego, żadnego atutu, którego nie możemy sobie wytworzyć sami. Zaś Amarth... Amarth to kopalnia nowych możliwości! Nasi wojacy wspierani magią z pewnością sialiby spustoszenie w szeregach wroga! A o nic innego mi nie chodzi niż o to, by w razie bitki z naszym udziałem to my i nasi sojusznicy skopali wroga, a nie odwrotnie. Wizja magii i miecza jest dla mnie zatem lepszą wizją niż dwa miecze. Takie jest moje zdanie, ale z tego co wiem, to nie ja tu jestem od decyzji, panie Ghurimie."

 No cóż więcej pisać? Prawda wśród mieszkańców Careogrodu jest jak broda - każdy ma swoją. Ciężko stwierdzić cokolwiek dotyczącego tego, jak faktycznie zachowają się Krasnoludy w tej potencjalnej wojnie. Co innego, gdyby zamiast głosu mieszkańców napisałbym tu opinię Króla Spod Góry, ale nawet jeśli po takową się udam, to na pewno ustalonego stanowiska nie zamieszczę w gazecie! Faktem jest jednak to, że takowy spór będzie miał miejsce i to, jak się w jego wypadku zachować, powinien sobie zadać pytanie nie tylko każdy mieszkaniec Careogrodu, ale i Fallathanu, który chce żyć w pokoju.

Czerwone Alkowy: Attasira

W dobie zagrożenia zarażeniem śmiertelną chorobą, wiele osób traci swoje granice moralne, które dotąd wstrzymywały je przed skorzystaniem z zakazanych rozkoszy świata. Wraz z groźbą prędkiego upadku ludzkości, niejeden zapragnął skosztować cielesnej miłości i bliskości drugiej istoty. Bez znaczenia w tym czasie stały się sprawy takie jak wiek, płeć, status społeczny czy majętność. Moralność, która już od dawna jest dyskusyjna w niektórych zakamarkach Azeloth, dla wielu zupełnie straciła swoją wartość. W związku z tym, oprócz świątyń, miejsc kultu wiary i religii, swoje odrodzenie przeżywają zamtuzy – również miejsca kultu. Kultu ciała i przyjemności.

W ciepłych objęciach drugiego stworzenia, niezliczone ilości przerażonych mieszkańców szukają ukojenia dla swojego strachu i wątpliwości. Choroba na tyle skutecznie odcisnęła na nich swoje piętno, że potrzeba bliskości stała się czymś równie ważnym, co potrzeba przeżycia. Komfort czerpany z ciała kogoś innego, okazuje się być wyjątkowo potężną tarczą. Potwierdzają to słowa medyka, a zarazem ochroniarza Czerwonych Alkow, Zar’Avena: "Może to zabrzmieć nieco absurdalnie, ale przybyło nam klientów. Ludzie w takich czasach udają się po pocieszenie, chcą zapomnieć o szarej rzeczywistości czekającej ich za kolorowymi ścianami zamtuzu."

Niestety, w miejscach takich jak zamtuzy, nie można uniknąć pewnych zagrożeń.

Presja związana z prowadzeniem dowolnego lokalu jest oszałamiająca. Na barkach właściciela spoczywa odpowiedzialność za zainwestowane w przedsięwzięcie złoto, za często wynajęty lokal, za sprowadzane nań trunki, używki, dania. Oraz za pracowników. Wiążą się z tym zmartwienia i potrzeba zaangażowania się w bardzo dużym stopniu. Czynniki te po latach potrafią wypalić nawet najwytrwalszych. Szczególnie w obecnych okolicznościach, które nawiedziły Azeloth.

Czyżby to właśnie spotkało Canirę, dotychczasową właścicielkę Czerwonych Alkow?

Czerwone Alkowy to zapewne wszystkim znany, najbardziej luksusowy zamtuz stolicy Cesarstwa. Odbywały się tam liczne rozwiązłe przyjęcia, z których chętnie korzystała nawet miejscowa śmietanka. Najczęstszym klientem był najprawdopodobniej Carrar D’Paole. Nie brakowało jednak innych osobistości, takich jak Yareth Arvoreen, Calino D’Paole, czy Nydard Barbatras. Dzięki ich zamkniętym przyjęciom, damom z Alkow żyło się jak pączkom w maśle. Nie były poddawane przemocy, znęcaniu się, ani nie pracowały pod przymusem. Interes szedł świetnie.

Dlaczego zatem Canira zrezygnowała i oddała dowodzenie Attasirze, samej zadowalając się posadą skarbnika? Pan Zar’Aven uchyla nam rąbka tajemnicy. "Chodziło o to, że Attasira jest inteligentna, odporna na stres, młoda, pełna energii I zapału." Czyżby oznaczało to, że lata świetności Caniry bezpowrotnie minęły?

Teorii jest wiele. Jedną z nich jest strach byłej właścicielki przed możliwością zarażenia się śmiertelną zarazą. Wielu się żachnie, że w przybytkach, jaki prowadziła, można zarazić się innymi dolegliwościami. Należy jednak pamiętać, że żadne z nich nie są tak drastyczne i szybko postępujące, jak Zaraza.

Inni twierdzą, że Canira zwyczajnie już przekwitła. Będąc w interesie tak długo, klientela zdążyła się nią przesycić. Niegdyś nietknięte ciało zyskało doświadczenie. Niestety, w mniemaniu wielu nawet największa biegłość w wykonywaniu usługi nie pokona młodocianej świeżości niewdrożonych jeszcze pracownic.

Jednak najczęściej powtarzaną, uznaną jakoś „oficjalna” wersją jest nic innego, jak związek. Tajemnicą nie jest uczucie łączące Canirę z elfią hrabiną Callisto. Przez lata para ta pracowała ramię w ramię na swoje sukcesy. Całkiem prawdopodobnym jest, że kobiety nareszcie uznały swój związek za prywatny na tyle, by zaniechać wpuszczania do ogrzewania swoich łóżek osób postronnych.

Wiadomo, byłoby to dość nagłym krokiem w ich relacji. Wszak przez lata trwały w swoim impasie, w pełni zadowolone z bieżącego stanu rzeczy. Nie można jednak wykluczyć, że dojrzałość idąca w parze ze stabilnym uczuciem zmieniła nastawienie kochanek.

Oczywiście ja, Chikata Speranza nie wierzę, by najpopularniejsza wersja była tą prawdziwą. Dlatego kierowana swoją dziennikarską intuicją, odwiedziłam niektórych pracowników zamtuzu. Proszę wyobrazić sobie moje zaskoczenie, gdy zapoznałam się z informacjami z wewnątrz!

Otóż podobno historia łącząca Canirę z obecną właścicielką od pewnego czasu jest dość burzliwa. Wszystko zaczęło się od przekrętów finansowych. Po głośnej aferze rodu szlacheckiego, który z dnia na dzień został pozbawiony swojego majątku, niejeden przedsiębiorca spojrzał uważniej na ręce swoich współpracowników. Po długich i mozolnych rozliczeniach wydatków i podatków Alkow, według zeznań moich informatorów okazało się, że ze skarbca zniknęła całkiem pokaźna sumka.

Odkrycie to podobnież pociągnęło za sobą wiele spięć między damami. Napięta atmosfera w Czerwonych Alkowach nie odciskała się znacząco jedynie na pracownicach, ale i klientach, którzy powoli zaczęli unikać zatrutej atmosfery przybytku.

Świetność domu publicznego chyliła się ku upadkowi. Podobno to właśnie te wydarzenia dały początek wystąpieniom młodych prostytutek, które po tygodniach wyrażania swojego zdenerwowania i odgrażania się, nareszcie obaliły panowanie Caniry. Kto wie, być może w niedalekiej przyszłości była właścicielka została zmuszona do szukania sobie zupełnie nowego zajęcia? To właśnie sugerują kolejne słowa zamtuzowego medyka: "Do tej pory rolą finansów zajmowała się sama Canira, ale uważam, że obecna właścicielka poradzi sobie i z tą rolą.” Nie wiadomo, efektem czego są tak drastyczne reperkusje wycelowane w Canirę.

Czyżby odejście byłej właścicielki nie było wcale takie dobrowolne, jakim mogłoby się wydawać? Czyżby świetność tego przybytku opierała się w równym stopniu na sprzedaży rozkoszy, co skupowaniu milczenia pracownic? Czyżby wyjątkowo uprzywilejowane życie pracownic Czerwonych Alkow było okupione ceną, o której się nie mówi?

Są to jedynie spekulacje oparte na opiniach postronnych obserwatorów oraz osób, które pragną zachować anonimowość. Nam pozostaje jedynie domyślać się prawdy – domyślać do czasu, aż ja, Wasza Chikata Speranza, nareszcie ją odkryję.

Chikata Speranza

image

 

Wróć do strony głównej