Bard musi być głodny świata. Rozmowa z Eyckiem Severkyte, zdobywcą Złotej Lutni

2020-07-15 03:47:34

Eyck Severkyte. „Bard, poeta, pieśniarz, muzyk, gawędziarz i mistrz dowcipu”, jak sam o sobie mówi. Nie ma w Fallathanie osoby, która nigdy nie słyszałaby pieśni hobbita. Swoim śpiewem oraz grą na wielu instrumentach zachwycił już niejedną pannę oraz wielu sędziwych starców. Od wielu lat porusza serca tych, o których mówi się, że uczuć nie posiadają. Jego muzyka uświetnia wiele uroczystości – zaczynając od ślubów, a kończąc na miejskich festynach. Czasami można spotkać go w słynnej karczmie Euzebiusza „Pod Pijanym Półorkiem”. Niedawno otrzymał prestiżową nagrodę – Złotą Lutnię –  podczas konkursu w Marlui w karczmie „Trzy Lilie”.

Udało się nam z nim porozmawiać oraz wypytać o niedawny konkurs, źródła inspiracji, a także o życie osobiste!

Conall Ranruin: Powiedz mi, co właściwie skłoniło Cię do wzięcia udziału w konkursie organizowanym w „Trzech Liliach”? Czy możesz nam zdradzić, jak wyglądała rejestracja? Tamtego wieczoru obejrzeliśmy występy czwórki bardów. Jak wnioskuję, musiało się zgłosić nieco więcej bardów, a Wy byliście wyłonioną czwórką najlepszych z najlepszych, która miała powalczyć o tytuł.

Eyck Severkyte: Rejestracja? To bardzo uczone słowo. Rzekłbym tu raczej o przypadku albo, jak wolisz, przeznaczeniu. Imć pan Gustaw, który pośredniczył w kontakcie oberży z bardami, przygotował się solidnie do całej tej biesiady. Ogłoszenia zawisły w całym mieście, a i tutaj, na wyspie [Małej Vanthii, przyp. red.] pojawiło się ich całkiem sporo. Sądzę więc, że chciano ściągnąć możliwie wielu muzyków, a później… cóż, pewnie wybrano naszą czwórkę, choć nie wiem, wedle jakiego klucza. Być może wedle dotychczasowej sławy, by rywalizacja była przednia. A ja? Jako rzekłem, przypadek… czy uśmiech Fortuny. Znalazłem ogłoszenie z adresem, napisałem, wysłałem. Sztukę należy docenić, była po temu okazja.

Conall Ranruin: Sławy? Lecz czy aby na pewno? Dużo osób, z którymi rozmawiałem, zdawała się nie znać Miry von Panrol oraz koboldki Meve. Były znane jedynie w niektórych kręgach. Czy znałeś swoje rywalki i ich twórczość? Czy któraś z nich była dla Ciebie zaskoczeniem?

Eyck Severkyte: Powiedziałem: być może. Nie jest to przypuszczenie bezpodstawne, bo ów konkurs, choć urządzony jeno w karczmie, marluańskiej karczmie, ściągnął sporą część vanthijskiej śmietanki. I nie tylko tejże. Pojawiły się elfy z wysokich rodów, od dawna zasiedziałych w Romen-Dorze. Suli z rodu Naesse, co ma dwie gałęzi: tę z Irimgardu i tę z Cesarstwa, jeśli dobrze pojąłem koligacje mej przyjaciółki, Asami. Byli państwo Cairndow spod znaku Lisa, to również Irimgard. Ponoć nawet odlegli i egzotyczni Nacjanie zaszczycili „Trzy Lilie” swoją obecnością. Słyszałem też charakterystyczny akcent z Amarth. Było tedy... międzynarodowo. Ogłoszenie o tychże zawodach skierowano do wszystkich stanów. Nie jest przeto bezzasadnym założenie, iż wybrano najlepszych spośród wszystkich rywali. Co ciekawe, a co dotarło do mię nie od razu, bo pamięć bywa zawodna, mowa była pierwej o trzech bardach. Cieszę się jednak, że dopuszczono więcej. Zawsze to weselej i ciekawiej.

Może też tak być, że zwyczajnie nas jest mało pośród wszystkich istot. Nas, bardów, braci minstreli. Mało takich z dobrym piórem i ciętym językiem, z pomysłem i niezłym gardłem. Takich, co to ich imiona są pamiętane latami. Zaraza, potem wojna, wcześniej kataklizmy... To mogło pogrzebać zaszczytną konkurencję. Jeśli chodzi o tę grupę z konkursu, do pewnego stopnia zaskoczyła mię rywalka w łuskach. Wprawdzie koboldy słyną z miłości do rozrywki, muzyki, gier i tańców — ot, choćby imię Drakin zasłynęło tu i ówdzie — lecz mimo to zaskakiwał entuzjazm panny Meve, jej urok... no i śpiew. Nie przypuszczałem, że gady, z inną nieco budową krtani, przyzwyczajone do zgoła innych dźwięków, są w stanie tak czysto, gładko śpiewać. I tak spodobać się ciepłokrwistej publiczności. Nie zaskoczyły mnie natomiast rymy konkurentek — tu, przyznaję, byłem raczej... po stronie własnego kunsztu, prawdę mówiąc.

Conall Ranruin: W takim razie to Meve była dla Ciebie największą rywalką? Czy może Słowik? Nie da się nie zauważyć, że od wielu lat ścieracie się o tytuł Najlepszego Barda właśnie z rozśpiewaną Aearonówną. Jak to właściwie jest z całą konkurencją wśród bardów? Lubicie się, czy może toczycie wojny?

Eyck Severkyte: Konkurencja, a i owszem, istnieje, istnieje. Jeno dla mię, braciszku, sprawa jest nieco trudniejsza, niż się na pierwszy rzut oka zdaje. Bo widzisz... to nie jest konkurencja w całej rozciągłości. Pierwsza rzecz, rzadko się zdarza, by na jedną karczmę zbyt wielu muzykusów przypadało. A jeśli się i zejdą, jakoś to zawsze w końcu i weselej bywa. Robimy zawody, muzyczne szranki, to się na wiersze wyzywamy, to piosenki, jeden ma dograć, inszy dośpiewać… Jakeśmy tak do pojedynku z mym kompanionem, poetą, Brenenem Adelly stanęli, to do dziś łezka śmiechu i wzruszenia jakoś się tak zakręci… Zresztą...! Nasz świat jest duży, starczy miejsca dla każdego. A nasz Słowiczek, panienka Aearonówna? Przecież to jeszcze dziecko…! Ja jestem bardem już od wielu ładnych lat, nadto pełnoletnim, panienka zaś Tinúviel… ma przed sobą jeszcze wiele doświadczeń, prób i błędów. Ale także okazji do rozwinięcia talentu, nadania mu szlifów. Sądzę, że konkurs bardzo jej się przydał. Ja, uczciwie sprawę wykładając, już nie taki pierwszej wody młodzik, konkurs mógł mię jeno w pozycji utwierdzić. A jakby nie dopomógł, raczej by nie zaszkodził. Trupa „Jaja Jak Berety” ma jeszcze dwoje utalentowanych członków, kolegę Fingergingera i koleżankę Hallström. Są to perełki, które jednakowoż trzeba jeszcze obrobić. Przede mną więc nie tylko rola samodzielnego artysty, lecz i opiekuna dla tych dwojga. Gdybym miał sądzić, że jedne zawody zbawią mię albo tyle ujmą, bym się już nigdy nie pokazał; że o całej drodze raz obranej nagle zdecydują — byłbym kiepskim bardem, bez uśmiechu. Ze Słowiczką miałem raz malutkie nieporozumienie, lecz akurat nietyczące się kwestyj zawodowych. Jeśli zasię o publikę chodzi, ta jest, widzę, nadto różna. Istotą występów mojej konkurentki jest młodość, świeżość, energia, tu mniej się liczy sztuka słowa czy gra zgłosek. Niedojrzałość ma swoje prawa, prawda? Jak i rola błazna, którą Słowik wybrała. Porównywanie nas z sobą nie jest do końca zasadne.

Conall Ranruin: Wróćmy więc znów do konkursu, a właściwie do ogłoszenia wyników. Jak się czułeś, kiedy odbierałeś Złotą Lutnię z rąk Gustawa? Byłeś przekonany o swojej wygranej czy może niekoniecznie?

Eyck Severkyte: Szczerze mówiąc, trzęsły mi się nogi, choć nasz, hobbitów, włos nożny dobrą amortyzacyję daje. Raz, że jednak był to wysiłek zgoła niepospolity; zwyczajnie się po takich zmaganiach zmęczyłem. Fatyga sroga, alteracja nie mniejsza. Dwa, że i wzruszenie ścisnęło za gardło, i zaskoczenie swoje dołożyło, aż głosu w gębie pierwej mi zabrakło. Bo zaskoczony byłem, kiedym tak oglądał te różne miny i reakcje, i skrzywienia, i zachwycenia, a do fizjonomii niekoniecznie przystające. Wiele się też działo w tle, a to wszak rozproszyć może. Nawet mię, laureata, pech po drodze nie ominął…

Wszako, gdy już i wszystko to do mię trafiło… No tak, wówczas już byłem po prostu szczęśliwy. Nadto jeszcze i tego powodu, że spotkałem liczniejszych, niż mi się zdawało, dawnych druhów. I miłośników mojego talentu. Ich obecność mi dopomogła. W końcu też zwyciężyła sama Jej Wysokość Sztuka. Ja jestem ledwo Jej giermkiem i rzec mogę, że jeno pracę swą jak najlepiej starałem się wykonać. W ostatniej konkurencji, gdy los łaskawie dozwolił, że złe odium z poprzednich występów odeszło, dałem się już poprowadzić mojej Pani. Niosła mię melodia, wyzbyłem się tremy. Jak to mawiał Papcio Szorstkoskórek: „Byle masło zmiękło, dalej posmarujesz”… He-he.

Conall Ranruin: Jak często podróżujesz? Czy może po prostu wysłuchujesz opowieści innych i oddajesz ich wspomnienia w swojej muzyce? Może jedno i drugie? W Twojej twórczości możemy napotkać wiele nawiązań do różnych kultur. Jestem prawie pewien, że odwiedziłeś nie raz Reptilię. Kultura Irimgardu, a szczególnie Suli, również nie jest Ci obca. Nawiązania do egzotycznych kultur mogliśmy usłyszeć podczas konkursu, mam tutaj na myśli Twój występ podczas drugiej konkurencji.

Eyck Severkyte: Oj, Conallu, Conallu… Ja ciągle jestem w drodze, rzec by można. Czy raczej: drogi krzyżują się u mię. Kiedy mieszkasz w Małej Vanthii, to tak jakbyś żył w kilku krajach i kulturach równocześnie. A jeśli do tego pomieszkujesz pod dachem przesławnego pana Euzebiusza… pana Euzebiusza z karczmy „Pod Pijanym Półorkiem”…! Pozdrawiam waćpana serdecznie, panie Ebi! Pańską szacowną małżonkę też, stan błogosławiony sprawił, że rozkwitła! Wszystkiego dobrego! Podróże, taaak… Byłem podrostkiem, kiedy związałem tobołek i z nim jednym wyruszyłem w świat. Trochę się tego świata zeszło, owszem. Nasamprzód wziąłem na cel nasze mokradlańskie ziemie, niziołcze wioseczki i siedliska. W zasadzie to nawet nie wioseczki… Te nasze osady to często jedna, dwie norki są jeno, bo tu miejsca biorą nazwy osobiste, bezpośrednio od ichnich mieszkańców… Łatwiej wskazać komu drogę do majętności niż do wsi… Widziałeś ty, kiedy Mokradła? To jest zupełnie inny świat. Stąpniesz na lewo, jeszcze sucho, kroczek w prawo i zupełny moczar… No, zatem tam zacząłem. Babie Górki, Podleśniczki Dolne, Górne, Zębiska, Morszczyny, Suchowoda, Ciepłe, Mokradliska, Szczykiszki, Łańcuch, Jarzębina, Pagórki Białe, Pagórki Wysokie… Nie masz dwóch podobnych adresów! Każda chata ten sam przysmak podaje trochę inaczej. Na przykład babkę ziemniaczaną albo struclę… A pierogi! Mmm, tych to jest mnożstwo dopiero! Ale co to ja miałem, bo tu zacząłem o pierogach… A tak, podróże, podróże… No, calutkich tych terenów tak przepatrzeć to się nie da, ze mię ni traper, ni wojownik, są miejsca tak odległe a zaklęśnięte w błocku, mgłą spowite… Nie staniesz tam suchą nogą i nie wrócisz, jeśliś stanął… Prawdę rzekę! Z Mokradeł już jakoś tak naturalnie mi było do Cesarstwa. Tu się nachodziłem sporo i muszę ci rzec, bracie, że to zadziwiające, jak bardzo różnią się od siebie hrabstwa, księstwa, tereny jak nasze, bagienne, czy te już elfie, w Menetei...! Taaak… Jakoś i tak mi się zdarzyło, że z rozpędu trafił-żem na północne ziemie irimgardzkie… A, właśnie, Suli! To ja nawet miałem zaszczyt i przyjemność w ich leśnym obozie zawitać. Wprawdzie żem sobie nieco popił, więc i zza mgieł dziś rzecz widzę, ale! — istotnie mnie tam drużka moja serdeczna, Asami, zabrała. Z kolei Reptilia… Tu miałem to szczęście, że kiedym tam gościł, akurat Fiestę radosną wyprawiano… Jeden medykus lek na to niebieskie pieroństwo był wynalazł… Zrobiło się bibę. Cóż za egzotyka! Ja jużem był nieco i na nią nastawiony, bo wprzódy żem poznał bardzo towarzyskie gady i gościł na właśnie takiej łuskowatej biesiadzie… która z kolei była… w Careo! O, na miasto krasnoludów tom się i napatrzył! Imponujące, imponujące, splendidement! Wychodzi więc na to, że hmmm… wszędziem chyba zahaczył. W Asylium i byłem, na ten przykład, zwiedzić tamtejszą „Błękitną Tiarę”! Zaius Lindar to jest jegomość z fantazją! Widzisz, podał mi napitek, co ma jakoby kolorowe warstwy, a każda inaczej smakuje! Tam też spróbowałem rozmaitych pyszności: sorbetów, lodów wodnych i mlecznych, lodów nawet na ostro, ciastka zwanego „kroplą wody”, z najczystszej źródlanej wody i dodatku galaretki… Z potraw Reptilian poznałem takie rzeczy, jak małpie móżdżki czy inne, dość szokujące dla ssaków frykasy. Niemniej, mięso tapira — polecam! W Asylium widziałem posągi królowych i starą architekturę Enklawy. Jest na co popatrzeć! Widziałem też te fragmenty muru, które podobno są zachowaną cząstką Arx! A ostatnio byłem… oooch! — w Nordii! Na weselisku państwa Lisów, za których szczodrość i uznanie z tego tu miejsca dziękuję. No, to jest kraj niezwykły! Chłopy jak dęby, groźni jak tury, a mają własnych skaldów! I bardzo miło się z nimi śpiewało! Łapa jak bochen, a serce nagle i gołębie, patrz no! Właściwie, jak tak sobie zliczę, nie byłem w mniejszej ilości krain, niźli byłem! Albo tak może po równo… Bard musi być głodny świata, bez tego ani rusz. Zresztą, jeśli sam gdzie nie idę, to mi w karczmie dopowiedzą. Wielu tam siedzi oryginałów, często takich, co naprawdę kęs świata urwali. Podróżników, innych bardów, wędrownych wojów, szamanów… Sporo też czytam, księgi wprawdzie drogie, zwoje jeno trochę tańsze, ale gdy ino mogę, się douczam. Jak mię kto możniejszy sprasza, a da posiedzieć pod dachem dłużej, do księgozbiorku jego pędzę… I biblioteki odwiedzam, i jak jaką taniością frymarczą na jarmarkach, też się skuszę… Legendy, baśnie czy muzyka… to wymaga wiedzy! Czy ty wiesz, że w samym Irimgardzie jest kilka, jak nie więcej, skal? Na przykład góralska… U górali też bawiłem, choć nie bezpośrednio, a w Warowni Czuwania, na rubieży Cesarstwa…

Conall Ranruin: W takim razie, jakie jest Twoje największe marzenie jako barda?

Eyck Severkyte: Największe marzenie jako barda? Hmmm... Chciałbym chyba, żeby do końca mieć do kogo mówić. Śpiewać... Bardowie rzadko są samotnikami, ja również nie chciałbym dokonywać żywota ze świadomością zupełnego braku życzliwych twarzy dookoła... Chciałbym, żeby pamiętano mię i moje pieśni. Możliwie najszerzej, przecież wszyscy tego pragną... Jednak nie obrażę się, jeżeli będzie to tylko wąskie grono. Lub ostatnia, przyjazna twarz i dłoń, która złoży kwiatek na kurhanku. Kwiatek, oczywiście, czerwony.

Conall Ranruin: Mówisz, że bardowie rzadko są samotnikami. Czy możesz nam zdradzić, jak jest z Twoim życiem miłosnym? Czy niedługo to Ty będziesz spraszał na swoje wesele, a nie je uświetniał?

Eyck Severkyte: Jako minstrel, kocham wszystkie kobiety! Bo są ozdobą świata tego, jego smakiem, jego przyprawą, źródłem podniet i namiętności, inspiracją dla artystów, bohaterkami najpiękniejszych ballad! A wesele… Cóż, mam jeszcze czas na to, żeby się ożenić…

Conall Ranruin: Skoro nie chcesz nam zdradzić, kto jest Twemu sercu najbliższy, na tym pozostaje mi wywiad zakończyć i dać nadzieję wszystkim naszym czytelniczkom, że może to one Twoje serce zdobędą. Na koniec chciałbym się zapytać — skoro już zostałeś nazwany Najlepszym Bardem Fallathanu, to czy zamierzasz spocząć na laurach?

Eyck Severkyte: Ależ skąd! Opus magnum jeszcze przede mną! O ile Fortuna będzie łaskawa, powstaną nowe pieśni, gawędy i wiersze! Zamierzam też kontynuować przygodę ze sztuką teatralną. Moja trupa dopiero się rozwija. Sądzę, że zaskoczymy tę krainę niejedną jeszcze niespodzianką.

Conall Ranruin: Czy jest coś, co chciałbyś przekazać czytelnikom?

Eyck Severkyte: Czytelnikom, powiadasz... Hmmm... No dobrze, chcę. Kochani moi! Otwórzcie no szerzej oczy, uszy, lecz nade wszystko — serca! Uśmiechajcie się często... częściej... Nawet jeśli w kościach łamie, deszcz pada, w nerki ziębi! Róbcie to, co kochacie, szukajcie ujścia dla swojej pasji, nie poddawajcie się, łapcie marzenia! Bo jeśli nie dziś, to kiedy? I najważniejsze: miłować się spieszcie, nawet jeśli Wam długie lata dano! I Wam lżej, i innym przyjemniej, jeżeli zasypiając, zrobicie to z myślą, iż dzień przeżyty przysłużył się bliźnim! Powagę, jeśli trzeba, zachowujcie, lecz nie dajcie sobie skostnieć, duszom zziębnąć, grymasom w twarzach się utrwalić! Umiejcie się i zabawić, pójść na bibę! I niech moc dźwięków, słów i liter będzie z Wami!

Conall Ranruin: Bardzo dziękuję Ci za rozmowę. Również dołączam się do Twoich życzeń dla czytelników.

Conall

Wróć do strony głównej