Z Kotem na szlaku: O niebezpieczeństwach w "Podróży"

2020-07-13 22:05:42

Z radością witam wszystkich nowych i starych Czytelników po miesięcznej przerwie! Wiele się w tym czasie wydarzyło. Wyruszyłem na szlak, poznałem nowe twarze i miejsca. Powiedziałbym, że przez ten miesiąc zdarłem kolejną parę butów, ale jak niektórzy z Was już wiedzą, nie przepadam za noszeniem tej części garderoby.

Tych z was którzy spodziewali się sprawozdania z mojej pierwszej wyprawy po rozległych ziemiach i krajach Fallathanu, muszę, niestety, rozczarować. Nieprzewidziane okoliczności, jakie kilkakrotnie spotkały mnie w czasie podróży, uniemożliwiły mi dotarcie do celu, a co dopiero rozejrzenie się po rozległych ziemiach Irimgardu. Nie trwóżcie się, ponieważ nie towarzyszyła mi nuda i starczyło materiału na artykuł dla Was. Poza tym, jak to się mówi — co się odwlecze, to nie uciecze.

Teraz powinno Was zaciekawić, o jakich to znowu okolicznościach piszę. Mam wrażenie, że nic mnie nie oszczędziło w czasie podróży. Doświadczyłem gniewu żywiołów, wściekłości tłuszczy, zostałem napadnięty i ograbiony. Miałem również bliskie spotkanie z prawdziwą bestią. Brakowało chyba tylko zstępującego bóstwa, które osobiście, przy akompaniamencie błyskawic i niebiańskich trąb, postanowiłoby ukarać „Wam Oddanego” za jakieś grzechy.

Zaczynało się zawsze niewinnie od rozlania piwa w karczmie, zgubienia jakiegoś drobiazgu albo złowieszczego grzmotu w oddali. Wasz Oddany był zbytnim sceptykiem, by takie znaki brać sobie do serca. Niestety, nie minął dzień, a pech nie tylko mnie nie odstępował, ale z biegiem czasu zdawał się nasilaJuż pierwsza przeprawa przez bród na rzece okazała się wyzwaniem. Muszę się tutaj Wam do czegoś przyznać (może dla wielu z Was wyda się to zabawną fraszką), ale przeraźliwie boję się wody. Nie muszę też rozwodzić się nad tym, że pływam równie dobrze, jak rzucony w wodę kamień. Kiedy więc z towarzyszącą mi drużyną śmiałków dotarłem na brzeg, miałem nogi jak z galarety. Im bardziej się zbliżałem do wściekle pieniącej się toni, tym trudniej było mi poruszać nogami. Szantażem zmuszono mnie, bym wszedł do wody. Uczyniłem to bardzo niechętnie, jeśli mogę użyć aż takiego niedopowiedzenia. Kompani jednak nie byli bez serca i przewidując przyszłe wypadki, przywiązali mnie liną do konia z ładunkiem. Nie pamiętam, co się stało, kiedy straciłem grunt pod nogami. Wiem, że do zmysłów doszedłem, będąc już na drugim brzegu. Leżałem na mokrej trawie, na przemian kaszląc i wymiotując słoną wodą. Nigdzie nie było śladu po mojej torbie podróżnej, w starciu z żywiołem nie ocalała też lutnia, którą porwała rzeka. Zabawne, ale według moich kompanów, to wcale nie była duża rzeka i poza mną nikt nie miał problemów z jej pokonaniem. Gdyby nie lina i pomoc moich druhów, pewnie nie czytalibyście tego artykułu.

 

 

Całą drogę do następnego miasta towarzyszyła nam straszna ulewa. Kiedy dotarliśmy do pierwszego postoju, nie dosyć, że musiałem zakupić masę nowego sprzętu, to jeszcze przeziębiłem się. Ta przeprawa kosztowała mnie bardzo wiele. Towarzysząca mi kompania rozrzedziła się mocno. Udali się w swoje strony. Na sam koniec zostało ledwo parę istot, ciekawych zapewne, co też mi się w podróży przytrafi i dokąd zmierzam.

Kiedy wyruszyliśmy znowu, nie minął dzień, jak dopadli nas zbójcy. Zaatakowali nagle, bez ostrzeżenia, biorąc część załogi jako zakładników. Odjechali, nie przejmując się pozostałymi. Ja zaś wylądowałem w krzakach. Postanowiłem, że jakoś pomogę jednej z pochwyconych. Wiem, upadając z konia, musiałem uderzyć głową w jakiś wystający kamień, skoro taki właśnie pomysł wpadł mi do łba. Nie miałem pojęcia, ani gdzie jestem, ani tym bardziej, gdzie powinienem iść. Żaden ze mnie tropiciel, brakuje mi też obycia z bronią. Za sukces można uznać, że wiem, z której strony jest ostrze, a z której rękojeść. Zapewne trudno Wam, Drodzy Czytelnicy, wyobrazić sobie moje perypetie. W czasie podchodów w poszukiwania tropu natknąłem się na wielkiego śmierdzącego niedźwiedzia, przed którym musiałem uciekać na drzewo. Kilkakrotnie omal nie spadłem ze skarpy, co pewnie skutkowałoby połamaniem jednej albo większej liczby kończyn. Gdyby jeszcze tego było mało, znów się rozpadało. Znalazłem obozowisko bandytów. Na szczęście ci, którzy tam stacjonowali, okazali się całkiem porządnymi (hmmm) rozbójnikami. Udało się z nimi dogadać, choć sporo mnie to kosztowało. Przez kilka dni musiałem im śpiewać do kotleta. Sprawdza się to, co mówią — głupi ma szczęście.

Spotkała mnie jeszcze krótka przygoda z dybami w roli głównej. Działo się to w mieście i do końca nie wiązało z podróżami, pominę więc ten epizod wędrówki do Irimgardu. Teraz, będąc już blisko granicy, jestem bogatszy w nowe doświadczenia i wierzę, że dzięki temu mądrzejszy. Wszak podróże kształcą. Nauczyłem się, że niedoświadczeni w wojowaniu podróżnicy, bez znacznej obstawy, winni się trzymać głównych traktów i utartych szlaków. Zawsze warto mieć dodatkowe złoto przy sobie, choćby po to, by uzupełnić zapasy u wędrownego kupca. Nie zaszkodzi także zapewnienie sobie wsparcia u rodzimych i obcych bóstw, czy to ofiarując datek w świątyni, czy zanosząc modlitwę w intencji pomyślnej podróży. Sam od teraz nigdzie się nie ruszam bez króliczej łapki, która podobno przynosi szczęście. Jako Czarny Kot byłbym nierozsądny, pozostawiając kwestię szczęścia przypadkowi.

Na koniec pragnę napisać najważniejszy wniosek w całym tym wywodzie. Niezależnie od tego, co Cię w podróży spotkało i jak się ona zakończyła, pamiętaj, że zawsze warto podjąć wyprawę, zwłaszcza, gdy możesz liczyć na wiernych i ciekawych kompanów. Innymi słowy: nie zrażajcie się niepowodzeniami i pechem w podróży, idźcie po druhów i ruszajcie na małą przygodę.

Wasz Oddany, Kot Bez Butów – Ja'Dargo*

*Autor Tekstu: Kalbos

Wróć do strony głównej