Z Kotem na Szlaku - Niespodziewane wezwanie ze Wschodu - Artykuł Kota o Wutanie, część I

2020-07-12 05:00:25

Drodzy Czytelnicy! Ponownie mam przyjemność opisywać dla Was swoje przygody z gościńca. Podróże i Pióro to moje dwie największe namiętności, ale pewnie powoli tego się domyślacie. Tym razem mam dla Was coś zaskakującego. Równo miesiąc temu wyruszałem na sławny Irimgardzki Mur na granicy z Amarth, by Wam Drodzy Czytelnicy zdać relację z tego miejsca. Nie uszedłem gościńcem jeszcze więcej niż dziesięć staj, a dopadł mnie goniec. Wyobraźcie sobie zdziwienie mojej osoby, kiedy okazało się, że nie tylko ów młodzian o rudych włosach poszukuje Ja'Dargo, ale ma dla niego zaproszenie od możnego arystokraty z dalekiego Wutanu. Ziemia ta jest tak odległa i tak niedostępna, że wiedza o niej nawet w moim rodzinnym Amarth jest dość mizerna, przynajmniej według moich uczonych ziomków. Nie zastanawiając się, natychmiast oświadczyłem chłopcu, że z zaproszenia skorzystam. Gdy tylko w jego dłoni wylądowała odpowiednia ilość złotego kruszcu za fatygę, ruszyłem do biblioteki, by czegoś o tym kraju dowiedzieć się.

Wutan jest rozległym krajem, swoją wielkością dorównuje mojemu ukochanemu Amarth. Inaczej jednak niż Państwo Magów, Wutan prawie nie ma sąsiadów. Leży daleko na wschodzie i większość ziem okalających jego granice to dzikie niezbadane pustkowia. Wutan ma tylko dwóch sąsiadów - na północy wyspę, z której pochodzą Nordyjczycy, a na wschodzie graniczy z Imperium Nekromantów Xe'Hera. Niestety, było to prawie wszystko, czego się wtedy dowiedziałem.

Zgodnie z treścią zaproszenia udałem się do Małej Vanthii, gdzie miałem spotkać się ze swoim gospodarzem. Jakpóźniej okazało się, był on nie tylko możnym Lordem z tego dalekiego, egzotycznego kraju, ale i właścicielem herbaciarni Błękitna Wierzba. Pozwólcie, że poświęcę odrobinę miejsca na opisanie tego przybytku, bo cóż to było za ciekawe i urokliwe miejsce! Na sporym placu, większym niż u któregokolwiek z sąsiadów, leżą cztery budynki otoczenie płotem z bambusowych pniaków. Nie wyglądał on zbyt solidnie, ale jeden z przechodniów przed Wierzbą, zapewniał mnie, że to zielsko – jak się wyraził – jest równie twarde drewniany płot. Ledwo mogąc zapanować nad swoim podnieceniem, ruszyłem głównym wejściem. Po dość śpiesznym spacerze aleją (nie zwracałem bowiem uwagi na zadbane ogrody wypełnione obcą roślinnością, wierzbami i licznymi ławami dla gości) znalazłem się w herbaciarni. Przywitała mnie młoda dziewczyna. Wyglądała prawie tak samo, jak wszyscy ludzie, choć nie mogę zaprzeczyć, że wyczuwałem w niej też coś obcego. Przywitała mnie ukłonem tak niskim i uprzejmym, że poczułem zażenowanie wymieszane z zawstydzeniem, daleko mi przecież do szlachetnie urodzonych. Jestem zwyczajnym Leonidem, miłującym swoje wolności. Oczywiście ostatnim czego pragnąłem, było urazić obcych sobie ludzie z dalekiego kraju, zachowywałem się więc najgrzeczniej, jak potrafiłem. Młoda dziewczyna zaprowadziła mnie do wnętrza jednego z przybytków, gdzie czekał na mnie Jian Lin, młodzian, któremu jak mi się wydaje, zawdzięczałem to spotkanie. Nie jestem co do tego przekonany, bo chłopak sprawiał wrażenie, jakby nie on był organizatorem całego spotkania. Prócz niego w pomieszczeniu na dziwnych dużych poduchach (nie było tam krzeseł), czekali na mnie jego siostra i Leonidka, która okazała się kapitanem statku. Stół był niskim kwadratem zajmującym środek pomieszczenia. W jednej chwili pojawiły się na nim wkrótce ciastka oraz herbata o silnym cierpkim smaku i ciemnej barwie. Nie było żadnych mięsiw, warzyw ani alkoholu. Piliśmy ze śmiesznie małych czarek z porcelany. Czułem się niezdarnie z drobnym przedmiotem bez uchwytu w dłoni. Nawet samo zajęcie miejsca przy stole było (jak dla kogoś o moim wzroście) pewnym wyzwaniem. Nieprzyzwyczajony do siedzenia na poduszkach, muszę z przykrością stwierdzić, że chyba zrobiłem z siebie głupca swoją niezdarnością, gdy zasiadałem do stołu. Szaty dwójki moich gospodarzy wyglądały dość zwyczajnie. Strój Leonidki był pozbawiony rękawów, a siostra owego Lorda ubrała suknia. Suknia ta była inna niż te, które do tej pory widywałem. Była wąska i długa, a w pasie owinięta wielkim szerokim pasem materiału. Miała długie rękawy, w których delikatne dłonie zdawały się tonąć. Materiał, z którego uszyty był strój, wyglądał na tak delikatny, że miałem wrażenie, że gdyby tylko zawiał mocniejszy wiatr, porwałby tę delikatną postać.

Przy herbacie i ciastkach rozmawialiśmy z Lordem o wielu sprawach. Opowiadał mi, jak to jego ziemie zamieszkują nie tylko ludzie, elfy i orkowie... ale też dużo Leonidów oraz Haressdrenów. Opowiadał mi o bóstwach, którym jego krajanie oddają cześć. Mówił mi o skomplikowanym systemie politycznym. Ten jednak wydał mi się dziwnie podobny do istniejącego w Amzerath, w którym również nie ma jednego Króla czy Cesarza, ale gdzie władze sprawuje wielu potężnych urzędników.

Rozmawialiśmy długo, a ze słów młodego Lorda, powoli wyłaniał się obraz krainy poznaczonej mniejszymi i większymi wzniesieniami. Na zboczach hodowano zboże. Nawet w płytkich stawach hodują rośliny, które zwą ryżem. Niższe tereny na południu w większości pokrywają bagna. Lord opowiedział mi również o Świątyni Szkarłatnego Lotosu, kompleksie pałacowo świątynnym, który każdy z Wutańczyków ma obowiązek kiedyś odwiedzić, by oddać cześć mieszkającym tam bóstwom o smoczych postaciach. To miejsce musi wyglądać niezwykle, skoro jest domem dla bóstw.

Jian mówił wiele o honorze i dyscyplinie, które znaczą niezmiernie dużo dla zwykłego Wutańczyka. Nie wiem, czy dobrze go zrozumiałem, ale to kompletne oddanie się swoim obowiązkom i bogom, wydało mi się strasznie przytłaczające.

Wkrótce wyruszam do Wutanu. Jian – młody Lord, który mnie gościł – zgodził się, bym mu towarzyszył. Obiecuje, że dokładnie opiszę ziemie Wutańczyków, domy, stroje i zwyczaje, kiedy wrócę z tej podróży. Tym razem będą na Was czekać też szkice mojego autorstwa.

Na koniec chciałbym Wam powiedzieć, że ci dziwni mieszkańcy wschodu prawie wcale nie używają piór, a wszystko zapisują niewielkimi pędzlami. Przyznam, że kiedy o nich myślę, mimowolnie przed oczami stają mi jaszczury, z którymi Wutańczyków łączy więcej niż chcieliby przyznać.

Kalbos

Wróć do strony głównej