Krwawe pola

Przeglądano 1745 razy

Opisywane przeze mnie wydarzenie to Bitwa pod Azeloth na Krawych Polach w 4270 roku.

"Krwawe Pola"

Adamir stał na wzgórzu, z niepokojem obserwując bitwę rozgrywającą się w dole. Rebelianckie oddziały cofały się pod naporem nieprzyjaciela, Daakarowie wciąż parli na przód, obierając górę.
- Musimy coś zrobić - powiedział cichym głosem. Odwrócił się, patrząc po twarzach strategów. - Turgon nie poradzi sobie sam, musimy mu pomóc.
- Ależ panie, posłaliśmy do walki wszystkie siły! - wykrzyknął stary dowódca irimgardzkiej armii. Elf spojrzał na niego z góry. Palcem wskazał na mały oddział stojący u podnóża wzgórza. W ciężkich zbrojach, na wielkich, bojowych rumakach, rycerze wyglądali jakby sami mogli wygrać tę bitwę, bez niczyjej pomocy.
- Paladyni Tiliona? - spytał z niedowierzaniem inny z doradców. - Toż to nasza straż przyboczna, nie możemy ich rzucić do walki! Ich zadaniem jest chronić obóz dowództwa!
- Już nie, Aegnorze - rzekł spokojnie wysoki elf.
- Adamirze Iavas! Zabraniam ci tego robić! - krzyknął Aegnor, gdy młody generał wsiadał na konia.
- Zaatakujemy gubernatora, który jest na tamtym pagórku - wzrok wszystkich podążył za jego dłonią, ku małemu nasypowi. Na jego szczycie powiewała daakaryjska flaga. - To samobójstwo! Gubernator jest dobrze strzeżony! - krzyczeli starsi wojskowi. Aegnor podszedł do konia, na którym siedział elf i spojrzał mu prosto w oczy, mocno zadzierając głowę do góry.
- Ani się waż tego robić - wyszeptał przez zaciśnięte zęby. - Przez ciebie zginą setki ludzi! Przez ciebie przegramy tę bitwę! Pozwól się odprowadzić mojej straży do namiotu.
Adamir patrzył przez chwilę prosto w jego szare źrenice, potem przywołał na twarz lekki uśmiech.
- Jeśli tu z czyjejś winy zginą setki ludzi, to jedynie z twojej - wycedził pojedynczo słowa.
- Spójrz w dół, przegrywamy. Jeśli zaraz czegoś nie zrobimy, Daakarowie przebiją się przez naszą obronę i nabiją cię na pal. Zauważ, że ratuję twoją dupę - spiął wierzchowca i pogalopował ku paladynom. Nim dotarł do nich, usłyszał jednak za sobą tętent jeszcze jednych końskich kopyt. Odwrócił się i zobaczył pojedynczego jeźdźca, zmierzającego w jego stronę.
- Jadę z tobą - powiedziała Lúthien Alcarin, zdejmując kaptur z głowy. Luthien była znakomitą elfią łuczniczką, jedną z najlepszych, jakie Adamir kiedykolwiek widział. Posługiwała się także długim, cienkim mieczem, ciężarem dopasowanym do jej małej wagi.
- Nie możesz, to zbyt niebezpieczne! - powiedział, ale wiedział dobrze, że nie wygra sporu z nią. Jeśli ona coś postanowiła, nic nie mogło stanąć jej na drodze do celu.
- Jadę - powiedziała tylko i ruszyła w dół zbocza.
Gdy dotarli do pięćdziesięcioosobowego oddziału, na spotkanie wyszedł im Phalanx, Święty Generał pododdziałów. Adamir pokrótce wytłumaczył mu przyczynę swojego pośpiechu, przedstawił mu plan, na który generał zgodził się bez zbędnych ociągnięć. Po pięciu minutach wszyscy rycerze byli gotowi do boju, czekając na rozkazy.
- Musimy wyjechać z doliny - wyjaśnił Iavas. - Tylko tak zdołamy uderzyć z zaskoczenia.
Ruszając, spojrzał na pole bitwy. Przesuwające się armie zostawiały za sobą gołą ziemię usłaną trupami. Trawy i krzewy, zwykle zielone, przybrały teraz karmazynowy odcień, krew lśniła w letnim słońcu. Widok, na swój sposób piękny, wyglądał przerażająco. Na najbardziej oddalone miejsca pobojowiska zaczynały już zlatywać kruki, dało się także zauważyć watahę wilków oraz kilka samotnych ghuli.
Nagle, wjechawszy do lasu, krajobraz natychmiastowo uległ zmianie. Ucichł zupełnie bitewny zgiełk, zastąpiły go ptasie trele i nawoływania zwierząt. Trwał sezon godowy, natura zupełnie nie przejmowała się krwawą potyczką rozgrywającą się tuż obok. Drzewa szumiały spokojnie na wiosennym wietrze, konie stukały dźwięcznie podkowami o suchą ziemię, zbroje i oporządzenie dzwoniło metalicznie przy każdym ruchu. Czuć jednak było kompletny spokój, nawet rycerze wyraźnie odetchnęli z ulgą. Można by prawie pomyśleć, że zapomnieli o rozstrzygającej się nieopodal bitwie. Zaraz wszystkie odgłosy powróciły. Wyjechali na polanę, tuż przy wzgórzu daakaryjskiego dowództwa.
- Pędźmy w górę tak długo, jak tylko się da - rzekła Lúthien. - Póki my jesteśmy na dole a oni na górze, mają znaczną przewagę. Adamir zgodził się z nią skinieniem głowy, po czym ruszył pełnym galopem przed siebie. Paladyni wznieśli okrzyk bojowy oraz modlitwę do Tiliona.

Daakarowie zbyt późno spostrzegli co się dzieje, gdy zakonnicy wspięli się na wzgórze dopiero ustawiali prowizoryczny szyk obronny. Adamir zeskoczył z konia, zauważył, że jego przyjaciółka zrobiła to samo. Tuż koło jego głowy przeleciały dwie elfickie strzały, trafiając dokładnie w szpary hełmów daakaryjskich żołnierzy. Lúthien dobyła miecza i zwinnie skoczyła w kierunku kolejnego wroga. Szybkimi jak błyskawica ciosami przebiła się przez obronę żołdaka i zadała ostateczny cios w kark. Uskoczyła przed mieczem, który przeleciał nad jej głową, po czym pchnęła sztychem w uda napastnika. Wojownik opadł na kolana, brocząc krwią. Adamir odbił kolejne ostrze celujące w dziewczynę, po czym przeszedł do kontrataku.

Także paladyni nie szczędzili sił - maszerując równym szeregiem coraz bardziej spychali obrońców ku namiotom dowodzenia.
Z czerwonej jurty wyglądnął nagle czarnowłosy mężczyzna, chyłkiem wycofał się ku wierzchowcom uwiązanym przy mały płocie. Koło niego biegł mocno zbudowany mężczyzna dzierżący w rękach dwa długie miecze. Tylko Lúthien to zauważyła, ale od razu rozpoznała tego człowieka. Wyminęła kocimi ruchami nieprzyjacielskich żołnierzy i dogoniła uciekiniera. Momentalnie w jej dłoni pojawił się łuk a na naciągniętej cięciwie harpunowa strzała. Mały mężczyzna w ostatniej chwili zdołał usłyszeć elfkę, upadł na ziemię a pędzący pocisk przemknął w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą znajdował się jego kark. Lúthien założyła już drugą strzałę, wystrzeliła ją. Pocisk sięgnął celu z zabójczą precyzją, grot wbił się w czarnowłosą czaszkę jak w bochenek chleba - drzewce przeszły na wylot przez mózg. Zmęczona, opuściła łuk i pochyliła się, ale wtedy dobiegł ją głos Adamira:
- To pułapka! Uciekaj! Mimo, iż niewiele usłyszała, od razu zrozumiała co się stało. Nie zabiła gubernatora, a jedynie człowieka go udającego. Prawdziwym władcą Daakarów był wojownik, ochroniarz, jak z początku uznała dziewczyna. Uniosła głowę w sam raz, by długie zobaczyć ostrze mknące w jej stronę.

 

Turgon, rosły mężczyzna i jedyny dowódca biorący bezpośredni udział w walce, odepchnął ostrzem topora bezwładne ciało jednego ze swoich gwardzistów zagradzające mu drogę. Daakarowie wygrywali, nawet najgorszy strateg mógł to zauważyć. Zepchnęli rebeliancką armię pod sam punkt dowództwa, tylko minuty dzieliły ich od opanowania wzgórza.

Generał bronił się zaciekle, jego przyboczna straż powoli się wykruszała, jednak on nie dawał za wygraną. U jego boku stało jeszcze dwóch rycerzy w lśniących, stalowych zbrojach, mimo iż jeszcze nie tak dawno było ich dwudziestu. Jeden z nich zaatakował właśnie olbrzymiego wojownika, wymachującego buzdyganem. Uchylił się przed pierwszym ciosem, lecz zaraz potem ciężka głowica wbiła się w jego hełm, gruchocząc czaszkę. Turgon zdążył akurat spojrzeć w drugą stronę, gdy drugi ze strażników padł, ugodzony w krtań długą, czarną strzałą. Generał zaklął szpetnie i skoczył w stronę olbrzyma. Odepchnął obuch lecący w jego kierunku i zadał miażdżący cios zza głowy. Wytarł ostrze topora o skórzaną zbroję martwego nieprzyjaciela i uskoczył przed grotem barwy nocy, mknącym ku niemu z nieznanego kierunku.
Spojrzał na słońce chylące się już ku zachodowi, kątem oka zobaczył jakiś ruch na szczycie górującym nad doliną. Po chwili dostrzegł błysk zbroi, bojowe rumaki i obnażone miecze. Na ich przedzie jechał nieco niższy człowiek - Adamir. Turgon nie miał pojęcia jakim sposobem udało mu się zabrać zakonników Tiliona, Rada Generałów w życiu by się na to nie zgodziła. Cel musiał więc być bardzo ważny. W mgnieniu oka przejrzał plany przyjaciela, dostrzegł jednak w nich zasadniczą lukę. Iavas nie miał szans dotrzeć do gubernatora przed zdobyciem wzgórza dowodzenia przez Daakarów. Powodzenie misji leżało teraz nie w rękach pięćdziesięciu rycerzy a jego, Turgona. Bystrym wzrokiem stratega natychmiast wypatrzył sztandar wroga - wielką flagę nerwowo powiewającą na wietrze. Sam nie miał szans przedostać się do niej, wokół miał jednak wciąż kilkuset podwładnych.

- Przegrupować się! - ryknął wyćwiczonym na polu walki głosem. Kilku żołnierzy dobiegło do niego, niektórzy podążając wzrokiem za głosem dowódcy tracili skupienie i padali ofiarą bezwzględnych daakaryjskich wojsk.
- Naszym celem jest zdobycie sztandaru!

Nie więcej niż dwa tuziny wojów ruszyło w stronę lewego skrzydła, ku wysokiemu proporcowi unoszącemu się nad morzem hełmów. Turgon szedł przodem, rozganiając bojowym toporem szeregi nieprzyjaciół, tuż za nim marszem podążali rebelianci. Daakarowie szybko zrozumieli postępowanie wrogiego przywódcy, żołnierz noszący sztandar cofnął się na tylne szeregi a dookoła niego powstał dwuszeregowy krąg. Turgon skinął głową w stronę łucznika biegnącego za nim, młody elf przystanął, nałożył strzałę i wypuścił cięciwę z palców. Pocisk idealnym torem pomknął w stronę sztandaru, grot wbił się aż po drzewce w szparę wzrokową w hełmie żołnierza. Proporzec zachwiał się i przewrócił niczym powalona wieża, uderzając w nieruchome ciało Daakara. Rebelianci wydali z siebie krzyk zachwytu, generał odwrócił się w stronę wspaniałego łucznika, śmiech spełzł z jego twarzy. Elf leżał w zbroczonej krwią trawie, rzucany konwulsyjnymi drgawkami, z jego piersi wystawał czarny bełt.

- Bronić sztandaru! - krzyknął do żołnierzy. Jego spojrzenie mimowolnie pomknęło ku przeciwległemu szczytowi, gdzie zaborca rozłożył swój obóz. Na tle zachodzącego słońca rozgrywała się potyczka, widać było jedynie unoszące się i opadające, błyszczące miecze Zakonników i czarne zbroje Daakarów w przeważającej większości górującej nad srebrnymi zbrojami rycerzy.
- W naszych rękach leży los Fallathanu! - wykrzyknął Turgon, podziwiając ironicznie piękny zachód słońca.

 

Adamir przyklęknął przy nieruchomym ciele Lúthien, nie hamując łez płynących mu po policzku.
- Lúthien... - wyszeptał tylko. Ucałował jej wciąż ciepłe usta i położył ją delikatnie na zbroczonej krwią trawie.
- Zapłacisz za to! - wykrzyknął załamującym się głosem w stronę Gubernatora. Dobył długiego, elfickiego miecza i odetchnął głęboko, starając się uspokoić nerwy. Atak był natychmiastowy, blade ostrze przemknęło po niebie. Miecze skrzyżowały się z brzękiem. Gubernator odparował cios przeciwnika, nacieraj na niego ramieniem. Czas wokół pojedynkujących się jakby się zatrzymał, wszyscy obserwowali starcie dwóch wojowników, wymieniających między sobą ciosy, z których każdy mógł okazać się śmiertelny. Na moment przed oczami Adamira stanęła Lúthien. Znów uśmiechnięta, obmyta z bitewnego pyłu. Mówiła coś do niego, lecz on nie słyszał. Jej słowa zagłuszał dźwięk zderzających się mieczy jego i Gubernatora. Nagle obraz kobiety zaczął zanikać, Adamir krzyknął, przywołując ją z powrotem. Jej głos cichł coraz bardziej.
- Przestań zagłuszać! - wrzasnął nagle generał, jego ostrze przecięło brzuch przeciwnika, wypuszczając jego jelita na światło zachodzącego słońca. Daakar opadł na kolana, próbując zatamować krew rękoma, a zaraz potem upadł na twarz i już się nie podniósł. Adamir odrzucił miecz, biegnąc w stronę białej postaci na tle pomarańczowego nieba. Usłyszał tylko ostatnie słowa:
- Dziękuję... Kocham...

 

Zakonnicy Tiliona pozbyli się całej straży na wzgórzu, oszczędzili jedynie trębacza, któremu kazano grać tylko jeden rozkazy w kółko. "Gubernator nie żyje. Poddać się wrogom." Daakarowie, ku zdziwieniu rebeliantów, od razu opuścili broń i dali zakuć się w kajdany. Tysiące więźniów poprowadzono do Azeloth, nowej stolicy odrodzonej Vanthii.
- Nie udałoby nam się, gdyby nie ty - powiedział generał Adamir, klepiąc Turgona po ramieniu. - Przejęcie sztandaru dało nam wystarczająco czasu. Obaj stali na wzgórzu, obserwując z góry tłum Daakarów prowadzonych do miasta. Żołnierze cesarstwa nie szczędzili im obelg i poniżeń, przez dwa tysiące lat wyrosła w nich zbyt duża nienawiść do zaborców, by nie starać odegrać się mu na wszelki możliwy sposób.
- Musimy zwołać radę - odezwał się Iavas po dłuższej chwili milczenia.
- Nie chce mi się już kłócić z tymi nieudacznikami, ale niestety trzeba - mruknął Turgon. Mag Durg, jeden z szamanów daakaryjskich zdołał uciec wraz z garstką przybocznej straży, dzięki zaklęciu teleportacji. Nikt nie wiedział, gdzie się teraz znajduje, a nie był to człowiek, którego ucieczkę można było uznać za jeden kłopot z głowy. Trzeba go było złapać za wszelką cenę. W tym momencie do mężczyzn podbiegł młody chłopak, na oko czternastoletni. Przez ramię miał przewieszoną małą torbę, zielona tunika była podarta w kilku miejscach.
- Panowie - wrócił się do nich, lekko zadyszany. - Rada prosi was o przybycie.
- A więc uprzedzili nas z zamiarami - zaśmiał się sucho Turgon.
- Idź, ja zaraz dołączę - powiedział cicho Adamir. Wojownik kiwnął tylko głową i oddalił się pośpiesznie. Tymczasem elf ruszył w przeciwnym kierunku. Lazaret znajdował się za wzgórzem dowodzenia. Mimo, iż na początku składał się na niego tylko jeden, długi namiot, teraz jego granice znacznie się rozciągnęły. Ranni żołnierze leżeli wszędzie, zajmując każdy wolny skrawek ziemi. Niektórzy podnosili się, gdy generał przechodził koło nich, inni tylko mamrotali coś niezrozumiale.
- W czym mogę służyć? - zapytała jedna z młodych uzdrowicielek. Twarz miała zmęczoną, widać było, że nie szczędziła własnego zdrowia dla innych.
- Dziękuję, wiem gdzie iść - rzekł, kończąc temat. Wyminął dziewczynę i wszedł do namiotu. Na samym jego końcu, w sali oddzielonej od reszty białym parawanem leżały ciała zabitych i zmarłych od ran. Wielki stos, wychodzący poza namiot sięgał prawie sufitu. Na setkach trupów siadały muchy i kruki, Adamir dostrzegł ghula kryjącego się między porzuconymi częściami oporządzenia. Obok stosu, w drewnianej trumnie leżała kobieta. Obmyta z piachu i krwi wyglądała jak w wizji generała. Elf podszedł do niej powoli, dotknął jej zimnej dłoni, palcami musnął mały policzek.
- Ja ciebie też kocham - szepnął.

Autor: Aratran Hydring [11554]

Piąte miejsce w konkursie na opowiadanie

Wróć do strony głównej