Amartyjska róża

Przeglądano 152 razy

roza

18 Axumela, 4369 rok, Amarth - Veneficia - Podnóże jednego ze szczytów Korony, Jégh Várr

To nie był zwyczajny raut u szlachetków, a pogoda – chociaż w Amarth i tak sroga – jakby to przeczuwała. Wiało tak, że łbów mało nie pourywało, a mróz tak zażarcie ciął w twarze, że cudem udało się uniknąć poważniejszych odmrożeń czy innych szkód.
Wprawnie przeprowadzonych przez portal gości przyszło powitać samotnie nowej pani na zamku. Nathiss D’Vadásh-Nísvori, do niedawna Kedesmo, stanęła cicha, tylko z pozoru spokojna. Zdradzało ją drżenie dłoni i pokraśniałe na zasalutowanie w jej stronę kapitana wraz ze strażą zamkową policzki. Nie nudziła gości przemowami, zaprosiła do sali, chociaż w duchu drżała. O męża – Valerius bowiem miał się zjawić z nią, a to złowieszcze zamczysko potrafiło pochłonąć… bez reszty. Bez tchu…
Odetchnęła, kiedy to okazało się, że mąż jej postanowił podyrygować muzykami, którzy powitali gości ponurą choć piękną melodią, tak pasującą do Lodowej Twierdzy, w której utknęli na ten jeden wieczór. Oby tylko na jeden…

Valerius także przywitał gości. Po swojemu.
- Dobry wieczór - odezwał się do gości stojąc na krześle.
- Ja oraz moja żona... - tu wskazał oczywiście otwartym gestem dłoni na Nathiss. - ...cieszymy się, że odpowiedzieliście na zaproszenie, choć właściwie nie wiecie jeszcze dokładnie na co - uśmiechnął się przekornie. - Był to zabieg celowy, aby zniechęcić was do przynoszenia jakichkolwiek podarków, na których nam nie zależy. Zależy nam na obecności rodziny i przyjaciół, więc wierzę, że za waszą wizytą, nie kryje się jedynie... kurtuazja. Prawdę mówiąc, mam w dupie kurtuazję.
Taki właśnie był gospodarz. Stoły uginały się pod jarzmem trunków i jadła. Nie obeszło się też bez szalonego piekarza, który za każdym razem, kiedy pytał gościa czy mu smakowało, zbliżał się zbyt blisko do twarzy tegoż…

Wieczór obfitował w wiele dobrych nowin. Przede wszystkim przyjaciele dowiedzieli się, że Nathiss i Valerius się pobrali, a przy okazji mają piękną córeczkę, Lię – którą zresztą przyrzekli za żonę synowi Laroma i Beatrix, a która na ten łez padół przyszła w okropnie ponurych okolicznościach, tego samego dnia uznana była za umarłą. Kilka osób dowiedziało się, że Rovena i Calino spodziewają się potomka, a pani na zamku ogłosiła także, że otwiera nową perfumerię. Wieczór więc, chociaż pod okiem zbyt dużej ilości straży, miał raczej wydźwięk szczęśliwy.

Aż nie wydarzyło się to…

Szczur Blatmaca rozsmakował się w wystawnym jedzeniu. Na tyle, że po pewnym czasie postanowił zacząć częstować się na własną rękę, czy tam łapkę... Był na tyle inteligentnym zwierzem, że doskonale zdawał sobie sprawę, że zostanie skarcony przez czarnoksiężnika przy pierwszej próbie dostania się na stół. Dlatego zwinnie zbiegł z ramienia swego właściciela, wpierw na kolano, a później na ziemię w poszukiwaniu okruchów czy innych zdobyczy, jakie mogły spaść ze stołu podczas ucztowania. Apetyt i pazerność gryzonia przyćmiły nieco czujność, która mogła być wskazana szczególnie w obecności kota...
Tymczasem Dama jak typowy kot chodziła tam gdzie miała ochotę. Zaatakowała nogę Beatrix, potem przeszła koło Astenny, aż wreszcie zmysły drapieżnika wyczuły swoją potencjalną ofiarę... Pasztet i szynka podstawione pod nos smakują dobrze, ale krwawe polowanie, to dopiero przyjemność!

Szurnięty piekarz zniknął jakiś czas temu - kontent, że jego rogaliki ze specjalnym, tajemnym składnikiem smakują tym, którzy je zjedli. Jednak to jeszcze nie było wszystko. Przez większą część balu nie pojawiał się, ale była to tylko cisza przed burzą. Bowiem jakiś czas później, kiedy wszyscy już się posilili i ogrzali, drzwi do sali balowej rozwarły się z impetem, a nie trzasnęły o ścianę tylko przez to, że słudzy, którzy od razu rzucili się w ich stronę, zatrzymali je przed niechybnym ich końcem.
Przez rozwarte wierzeja wjechał piszczący wózek pchany kulawym piekarzem. Jego biały kubraczek uwalany był w tym momencie czerwonymi plamami, mankiet prawej ręki cały przesiąkł karminem.
Piszczenie wózka zdawało się być wręcz nieznośne, szczególnie w zestawieniu z obłędnym wzrokiem operatora tegoż. Kiedy dotoczył się już do stołu, zakrzyknął.
- Mili państwo, moja specjalność! - w jego głosie słychać było niezdrowe podniecenie. W dłoni błyszczał wielki nóż. Tort prezentował się doskonale – może przez to, że stworzony był dłonią szaleńca. Nieskazitelnie białe piętra, całe trzy, przełamane były cukrowymi różami ułożonymi na łączeniu. Na samym szczycie widniały dwie ogromne róże i jedna mniejsza. Piekarz zręcznie przetoczył nóż między palcami, by w końcu zadać pierwszy cios… Jednym cięciem przeszył małą różę aż do samego spodu najwyższej warstwy tortu. Służąca, która stała obok niego drżała tak, że aż talerz trzymany w jej dłoniach drżał razem z nią. Kolejne sprawne cięcie sprawiło, że piekarz mógł unieść kawałek na talerzyk. Ostrze noża lśniło czerwienią, a z miejsca, gdzie był pierwszy kawałek, sączyła się czerwona maź. Pierwszy kawałek powędrował do gościa najbliżej, czyli do Yinnetri. Jeśli zdecydowała się zjeść poczuła, że owa maź, to zmiażdżone i lekko zagęszczone maliny. Słodki deserek.

Valerius pomyślał, że to dobry pomysł, aby umilić gościom czas także muzyką. Już miał wstać, aby dać znać muzykom i porwać Nathiss do tańca, ale zamiast tego... poderwał się nagle z miejsca z głuchym okrzykiem zaskoczenia i lekkiego przerażenia. Jak na komendę podskoczyła też Nathiss. Kwiat we włosach przekrzywił się lekko. Coś zadziało się pod stołem, czemu towarzyszyły gniewne kocie pomruki i dźwięk zastawy strąconej ze stołu ręką maga. Dama z całą swą drapieżną zawziętością wbiła ostre pazury w łydkę Valeriusa, z czego ten nie był specjalnie zadowolony. Zaklął pod nosem, a dłoń zaraz chwyciła rozbrykanego sierściucha za grzbiet, aby się od niego od...czepił. Zanim spojrzenie pełne wyrzutu powędrowało w stronę Rhiela, mag wyrzucił... tak, zwyczajnie wyrzucił syczącego kota (w asyście złowieszczego psikania na kotkę w wykonaniu Nathiss) na bok, aby zatańczyć... Bez muzyki, bez Nathiss, ale jakże efektownie! Okręcił się wokół własnej osi ledwo zachowując równowagę i potrząsając energicznie nogą, jakby od tego miało zależeć jego życie. A może zależało? Panika odmalowała się na twarzy Valeriusa, kiedy złapał się za wybrzuszone krocze (- Co Ty wyrabiasz!? – dało się słyszeć w tym całym ferworze czarodziejkę) stając znów frontem do gości. W obliczu takiego zagrożenia konwenanse znów stały się zupełnie nieistotne, ale musiał choć ostrzec…
- Przepraszam, ale muszę to zrobić! - jęknął zbolałym głosem i rozpiął rozporek (na co Nathiss zareagowała zduszonym krzykiem i rzuciła się do czułego miejsca swojego męża, by okryć jego wstyd choć dłońmi, co się prawie w ogóle nie udało biorąc pod uwagę kolejną część sceny) pozwalając, aby ruchliwy, włochaty... szczur wyskoczył z jego spodni lądując na stole. Najwyraźniej kiedy umykał przed kotem, gryzoń postanowił skryć się w nogawce maga, a później zabrnął za daleko... To jednak powstrzymało Damę tylko chwilowo. Obserwując całe zajście morderczym spojrzeniem podążyła za uciekającym po stole gryzoniem i na powrót, w pięknym kocim stylu, rzuciła się w dalszą pogoń. Szkoda tylko, że dalej po stole…

Ale nie ma, psia mać, zmiłuj!

Szklaneczki, czy inne kieliszki, puste czy pełne przewracały się malowniczo na boki, żeby dalej z trzaskiem upaść na posadzkę i rozprysnąć po podłodze razem z zawartością. Jaki pościg, takie wybuchy, ale czy jakaś tam karafka przeszkodzi takiemu łowcy jakim jest Dama. NIE! Ani waza z zupą, ani talerz mięs i sałatek nie spowolnił tego szaleńczego zwierzęcego pościgu. Wściekła Dama łaknęła krwi!
Na stole jedzenie dosłownie latało! Szczur zrobił zwrot przebiegając koło Roveny i Moraka, kotka zakręciła już mniej zwinie, bo przeszkodziła jej zrolowana pod tylnymi łapami serwetka, ale szybko nadrobiła. Wszystko odbywało się w takim tempie, że ciężko było cokolwiek zrobić. Rhiel przez chwilę miał pomysł, by jakoś ją capnąć z tego stołu... ale gdy zwierz wywalił pierwszą zupę, dał sobie spokój i uratował jedynie butelkę rumu. No co? Zdrowy odruch…
Lia z zaciekawieniem śledziła całe zajście więc nic dziwnego, że zaśmiałą się radośnie i zaklaskała w rączki, kiedy Dama z pełną gracją, w rączym pędzie za szczurem Milczka, wpakowała się prosto w misterne dzieło piekarza. Piękny tort okazał się zbyt grząski dla sporej kotki. Twarz obłąkanego poczerwieniała jak konfitura, która teraz bryzgała na prawo i lewo. Ostrze noża zalśniło ponad głowami spomiędzy malin, kiedy mężczyzna, niezgrabnie przez kulejącą nogę, zaczął gonić kocicę.
- Ty pieprzony pchlarzu, zrobię z Ciebie jutro obiad!
Teraz to kot stał się ofiarą. Valerius, nadal w lekkim szoku, z równie zszokowaną żoną przy boku, śledził całe zajście przytrzymując spodnie i poważnie rozważając zaangażowanie strażników do zaprowadzenia porządku. Sami już się nawet poruszyli, ale ostatecznie powstrzymał ich gestem. Dlaczego? Widocznie szalony kucharz uzbrojony w nóż i biegający po sali nie był dostatecznie niebezpieczny, aby zaniepokoić maga. A tak naprawdę powód był bardzo prosty - Lia. Skoro dziewczynka śmiała się tak beztrosko i najwyraźniej świetnie się bawiła obserwując ten mały armagedon, to ani myślał tego przerywać. W końcu to było jej przyjęcie.

A co było dalej, dopowiedzcie sobie sami. Deseru nie było na pewno…


MG nadzorujący: Nathiss D’Vadásh-Nísvori [8975]
Prowadzący sesję: Valerius D’Vadásh-Nísvori [2115]
Autor wieści: Nathiss D’Vadásh-Nísvori [8975] i Valerius D’Vadásh-Nísvori [2115]
Link do sesji: Amartyjska róża
Autor grafiki: artstation.com